Prolog

Czasami jedno wydarzenie potrafi zmienić człowieka. Potrząsnąć jego świadomością i psychiką tak silnie, że już nigdy nie powróci do sposobu widzenia świata, który je poprzedzał.

Dla mnie takim wydarzeniem była Tragedia Smoleńska 10 kwietnia 2010. Z człowieka ufającego, że mimo wszystkich swoich słabości, interesów i przewrotności ci, którzy rządzą współczesnym światem, respektują jednak pewne nieprzekraczalne granice, stałem się człowiekiem niepotrafiącym już bezkrytycznie zaufać niemal niczemu, co przedstawiano mi jako prawdę ekranu.

Najbardziej drażnił mnie odtąd szum – szum informacyjny.

Świadomie pomijam tutaj polityczne tło wydarzeń poprzedzających 10 kwietnia, polsko-rosyjskie gry dyplomatyczne i wszystko to, co przez następne lata stało się przedmiotem politycznego sporu. Interesuje mnie coś znacznie prostszego: ciąg zdarzeń, które nastąpiły już po katastrofie.

Bo jeśli chcemy zrozumieć mechanizm szumu, nie musimy najpierw wiedzieć, kto go uruchomił. Wystarczy sprawdzić, co zagłuszał.

Intuicyjnie — również poprzez znajomość wcześniejszych epok dziejów mojej Ojczyzny — zacząłem rozpoznawać w nim coś więcej niż zwyczajny chaos wiadomości. Przypominał mi mechanizm zakłócania sygnału: metodę znaną państwom totalitarnym, które przez dziesięciolecia przeznaczały ogromne środki na zagłuszanie informacji tylko po to, aby społeczeństwo nie mogło usłyszeć tego, czego usłyszeć nie powinno.

Nie trzeba bowiem zniszczyć sygnału. Czasami wystarczy go zagłuszyć. A sygnał i szum, które co miesiąc obserwujemy przy okazji kolejnych hołdów oddawanych poległym w tej narodowej tragedii — oraz brutalnie zakłócających je kontrmanifestacji — są kolejnymi odsłonami tego samego zjawiska. Zderzeniem sygnału z szumem.

A 10 kwietnia 2010 roku, kilka godzin po katastrofie, w naszym małym mieszkaniu w Moguncji zadzwonił telefon.

Wskazówka

Byliśmy w tak wielkim szoku i rozpaczy po tym, co wydarzyło się pod Smoleńskiem, że jego dźwięk wyrwał mnie z odrętwienia niemal jak dzwon.

Głos rozpoznałem natychmiast. Dzwonił z Paryża Alexander Raskatov — wybitny współczesny kompozytor rosyjski, emigrant, z którym przez kilka długich zimowych miesięcy współpracowałem przy powstawaniu jego wielkiej wówczas opery pt. Psie serce, zamówionej przez Nederlandse Opera w Amsterdamie. Libretto oparte zostało na słynnej, prowokacyjnej i sarkastycznej noweli Michaiła Bułhakowa.

Kto zna Psie serce, ten wie, jak okrutną metaforą sowieckiego eksperymentu jest ta opowieść. Człowiek próbuje stworzyć nową istotę, manipulując naturą, a powstały w ten sposób twór znakomicie odnajduje się w świecie totalitarnej ideologii. Bułhakow opisywał absurd, ale pod absurdem znajdował się system.

Alexander Raskatov znał ten system nie z książek.

Rozmawialiśmy o nim nieraz godzinami. O Rosji dawnej i współczesnej, o Związku Sowieckim, o ludziach, których ten świat ukształtował albo złamał, o mechanizmach władzy i propagandy. Alexander był na ogół człowiekiem pogodnym, subtelnym, obdarzonym szczególnym rodzajem humoru.

Tego dnia jednak nie słyszałem w jego głosie ani pogody, ani żartu. Był zdruzgotany. I przestraszony. Nie tylko tym, co się wydarzyło. Jakby również tym, co może wydarzyć się teraz — pomiędzy Rosjanami i Polakami, być może nawet pomiędzy nami. Szybko wyprowadziłem go z błędu. Niczego to między nami nie zmieniało.

Nie państwo rosyjskie do mnie telefonowało. Telefonował mój przyjaciel. I przyjacielem pozostał do dzisiaj.

Powiedział mi wtedy coś, czego nie chciałem przyjąć. Jego pierwszym przypuszczeniem było, że katastrofa nie musiała być przypadkiem. Mówił o Lechu Kaczyńskim, Gruzji, konflikcie polskiego prezydenta z polityką Kremla. Powiedział wprost, że obawia się najgorszego. 

Nie wiedział tego. Przypuszczał.

Ale powiedział jeszcze coś, co zapamiętałem być może mocniej niż samo jego podejrzenie:

Uważaj na informacje. Będzie ich coraz więcej. Będzie coraz więcej sprzecznych wersji, coraz więcej zamieszania. Będzie szum. I będzie narastał.

Nie dał mi odpowiedzi. Dał mi wskazówkę, czego powinienem słuchać.

Nie znał wyników śledztwa. Nikt ich nie znał. Wrak jeszcze dymił. A rosyjski kompozytor-emigrant mówił mi nie o aerodynamice Tu-154, lecz o czymś, co znał znacznie lepiej — o sposobie działania rosyjskiego państwa i jego aparatu informacyjnego. Wtedy nie chciałem mu wierzyć.

Po szesnastu latach najbardziej zastanawia mnie właśnie to jedno słowo:

Szum.

Muzyk wie, czym jest szum. Sygnał niesie informację. Szum ją przykrywa. Nie trzeba zniszczyć dźwięku, żeby przestał być słyszalny. Wystarczy otoczyć go odpowiednio wielką liczbą innych częstotliwości. Z informacją jest podobnie.

W następnych godzinach, dniach, miesiącach i latach wokół katastrofy smoleńskiej zaczęły pojawiać się kolejne wiadomości, przecieki, hipotezy, stenogramy, nowe wersje stenogramów, wypowiedzi anonimowych informatorów, rekonstrukcje, sprostowania rekonstrukcji i pewniki ogłaszane nieraz wcześniej, niż można było je rzetelnie zweryfikować.

Piloci. Naciski. Generał w kokpicie. Alkohol. Kolejne próby lądowania. Brzoza. Mgła. Radiolatarnie. Trotyl. Eksplozje. Pułapka. Zamach. Pochówki. Ekshumacje. Kolejne odkrycia…

Każdy następny komunikat zagłuszał poprzedni. Niektóre informacje okazywały się później niepotwierdzone albo znacznie bardziej problematyczne, niż przedstawiano je w pierwszych godzinach medialnego obiegu. Inne zaczynały żyć własnym życiem. Powtarzane tysiące razy przestawały potrzebować źródła. Stawały się pamięcią.

A pamięć społeczna nie zawsze jest tym samym co zapis zdarzenia.

Sekcja bez ciała

W całym tym dramatycznym sporze istnieje jednak rzecz tak banalna, że niemal ginie pod ciężarem tysięcy stron raportów:

Wrak.

Gdy dochodzi do wielkiej katastrofy lotniczej, szczątki maszyny są jednym z najważniejszych materialnych źródeł informacji. Bada się deformacje konstrukcji, przełomy metalu, ślady działania temperatury i ciśnienia, kierunki oddziaływania sił, substancje i obce fragmenty. Jeżeli wymaga tego dochodzenie, istotne części samolotu rekonstruuje się w warunkach laboratoryjnych.

Tak postępowano choćby podczas badania zestrzelenia samolotu MH17 nad Donbasem. W przypadku polskiego Tu-154M podstawowy materialny dowód pozostał w Rosji. I pozostaje tam do dzisiaj. Dowód koronny przekazanego w ręce Rosji badania leży tam nadal, po szesnastu latach składowania, przemieszczania i czynności wykonywanych przy jego elementach. Jaki jest dziś rzeczywisty stan tego materiału dowodowego — Polska nie może samodzielnie sprawdzić. Poza tym nad czym od 16 lat wciąż unosi się mgła.

Można stworzyć najdoskonalszą symulację komputerową. Można przesłuchać setki świadków. Można analizować rejestratory, fotografie, dane radarowe, nagrania i dokumenty. Ale jeżeli spieramy się o to, w jaki sposób fizycznie została zniszczona maszyna, możliwość bezpośredniego przebadania jej szczątków ma znaczenie fundamentalne.

Sprowadźmy rzecz do banału: Jak przeprowadzić sekcję zwłok bez ciała denata?

Nie dlatego, że brak wraku dowodzi zamachu. Sam w sobie nie dowodzi. Dowodzi natomiast czegoś innego: państwo polskie przez szesnaście lat nie mogło we własnym kraju poddać najważniejszego materialnego dowodu pełnemu, niezależnemu badaniu zespołu ekspertów dobranych według własnych kryteriów. A bez ciała można stawiać diagnozy. Znacznie trudniej przeprowadzić sekcję.

Ciało

Pozostaje jeszcze drugi materialny świadek katastrofy: Człowiek. Ciała ofiar powróciły rychło do Polski. Ale kiedy po latach polska prokuratura rozpoczęła ekshumacje i ponowne sekcje, odkrycia okazały się przerażające:

Zamienione ciała. Szczątki różnych osób umieszczone w tych samych trumnach. W jednym przypadku fragmenty należące do dziesięciu ofiar. Przedmioty pozostawione w ciałach po rosyjskich sekcjach. Dokumentacja opisująca obrażenia, których później nie stwierdzano, albo pomijająca te, które stwierdzono. Nawet narządy, których zmarli od dawna nie posiadali. To nie są internetowe domysły. To ustalenia polskiej Prokuratury Krajowej. I jeszcze bardziej przerażające fotografie uśmiechniętych przedstawicieli państwa polskiego obok tych, którzy tych sekcji, przed przybyciem zdruzgotanych rodzin ofiar dokonywali.

I wtedy banalne pytanie o sekcję bez ciała przestaje być wyłącznie metaforą.

Wraku nie odzyskaliśmy. Ciała odzyskaliśmy, ale nie przeprowadziliśmy natychmiast po ich powrocie własnych sekcji, choć późniejsza prokuratura uznała, że należało je wykonać. Kiedy po latach groby ponownie otwarto, okazało się, jak wiele informacji mogło zostać utraconych i jak wiele nieprawidłowości pozostawało ukrytych pod ziemią. Nie trzeba jeszcze wiedzieć, dlaczego samolot spadł, żeby zadać znacznie prostsze pytanie:

Czy tak powinno wyglądać postępowanie dowodowe po śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej i dziewięćdziesięciu pięciu towarzyszących mu osób?

I może właśnie tutaj szum staje się najbardziej przejmujący. Bo nad tym wszystkim przez lata trwała wielka dyskusja o brzozie, pilotach, generałach, naciskach, stenogramach i polityce. A pod ziemią leżały dowody, których wcześniej należycie nie sprawdzono. Czasami prawda nie ginie dlatego, że ktoś jej nie powiedział. Czasami ginie dlatego, że nie zabezpieczono tego, co mogło ją powiedzieć.

Brzoza i metal

Jednym z symboli całego sporu stała się brzoza, zwana z ponurą ironią „pancerną”. Nie dlatego, że drzewa nie mogą niszczyć samolotów. Mogą. Nie dlatego również, że ciężki samolot zawsze wygrywa z drzewem. Nie zawsze.

Problem jest znacznie poważniejszy. W oficjalnej rekonstrukcji katastrofy jednemu konkretnemu zderzeniu przypisano rolę zasadniczą: uderzenie lewego skrzydła Tu-154M w brzozę miało doprowadzić do oderwania jego zewnętrznego fragmentu, gwałtownego przechyłu maszyny, utraty sterowności i rozpoczęcia ostatniej sekwencji prowadzącej do zniszczenia samolotu.

To jest twierdzenie fizyczne.

Dlatego spór o „pancerną brzozę” nigdy nie powinien być sporem o to, kto efektowniej wyśmieje przeciwnika. Powinien być jednym z najlepiej udokumentowanych zagadnień mechaniki zderzeń w całym badaniu tej katastrofy. Jeżeli brzoza urwała skrzydło — pokażmy to. Jeżeli skrzydło powinno przeciąć brzozę — pokażmy to. Jeżeli oba wyniki są możliwe zależnie od parametrów — ustalmy rzeczywiste parametry. A potem porównajmy obliczenia z materialnym dowodem. Bez polityki. Bez wiary. Bez szumu. Tylko fizyka. I metal. Tyle że ponownie dochodzimy do tego samego miejsca. Do wraku.

Modelowi matematycznemu można przeciwstawić inny model. Symulacji — inną symulację. Ekspertowi — innego eksperta. Metalowi znacznie trudniej przeciwstawić opinię. Dlatego w badaniu MH17 fragmenty konstrukcji stały się materiałem pozwalającym sprawdzać hipotezy. W Smoleńsku materiał pozostał w rękach państwa, na którego terytorium wydarzyła się katastrofa i którego działania od samego początku stanowiły przedmiot sporu. Nie odpowiada to jeszcze na pytanie, co wydarzyło się 10 kwietnia. Ale powinno zmuszać do postawienia innego:

dlaczego Polska przez szesnaście lat nie odzyskała własnego samolotu?

Internetowe laboratorium

I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego.

Skoro podstawowy materialny przedmiot badania był niedostępny, tysiące ludzi zaczęły badać to, co dostępne było. Polscy internauci stworzyli coś w rodzaju rozproszonego laboratorium. Analizowano fotografie. Porównywano filmy. Badano topografię. Zestawiano kolejne wersje stenogramów. Poszukiwano wcześniejszych wersji dokumentów. Sprawdzano konstrukcję Tu-154, rozmieszczenie szczątków, dane pogodowe, zeznania świadków, nagrania, godziny publikacji materiałów i sprzeczności pomiędzy kolejnymi komunikatami.

Były tam zapewne pomyłki. Były hipotezy prowadzące donikąd. Były emocje. Była jednak również gigantyczna praca wykonana przez ludzi, którzy nie godzili się na jedno proste zdanie: wszystko już wiadomo.

Sam ten fenomen zasługiwałby na rozprawę naukową. Nie po to, żeby udowadniać, że „Internet miał rację”. Przeciwnie. Należałoby sprawdzić, kiedy miał rację, kiedy się mylił i — co szczególnie interesujące — czy zdarzało się, że obywatelscy badacze zauważali niezgodności wcześniej niż wielkie redakcje i instytucje państwowe. Byłaby to historia niezwykłego śledztwa rozproszonego. Ale także historia pamięci.

Internet ma bowiem własną słabość. Blog znika. Serwer przestaje istnieć. Film zostaje usunięty. Fotografia traci metadane. Odsyłacz, który w 2011 roku prowadził do ważnego dokumentu, po piętnastu latach prowadzi donikąd. Szum pozostaje. Sygnały giną. A jednak część tych sygnałów została wychwycona przez ludzi, którzy postanowili zrobić z nimi coś więcej.

Kiedy do głosu doszła nauka

Internetowe laboratorium miało swoje granice. W pewnym momencie pytania stawiane przez internautów zaczęli podejmować ludzie dysponujący czymś więcej niż fotografią, intuicją i komputerem. Do dyskusji weszli naukowcy i specjaliści różnych dziedzin — mechaniki konstrukcji, aerodynamiki, materiałoznawstwa, fizyki, chemii oraz badań katastrof i eksplozji.

Profesor Wiesław Binienda

Jednym z najbardziej znanych stał się prof. Wiesław Binienda, specjalista mechaniki materiałów i konstrukcji lotniczych związany z University of Akron. Metodami obliczeniowymi próbował odpowiedzieć na jedno z podstawowych pytań smoleńskiego sporu: co powinno wydarzyć się podczas zderzenia skrzydła Tu-154 z brzozą przy parametrach odpowiadających rekonstruowanemu przebiegowi lotu?

Twierdzenia fizycznego nie rozstrzyga jednak ani komisja, ani gazeta, ani telewizja, ani nawet tysiąc razy powtórzona animacja komputerowa.

Rozstrzyga je fizyka.

Trzeba znać konstrukcję skrzydła — jego dźwigary, żebra, poszycie i właściwości zastosowanych stopów. Trzeba znać prędkość samolotu, kąt kontaktu, miejsce uderzenia na skrzydle, średnicę pnia i jego właściwości mechaniczne. A potem trzeba policzyć, co pęknie pierwsze.

Drzewo czy skrzydło? Symulacje prof. Biniendy prowadziły do wniosku odmiennego od oficjalnej rekonstrukcji: w przyjętych przez niego warunkach skrzydło powinno przeciąć brzozę, nie tracąc fragmentu w sposób opisany w oficjalnym scenariuszu.

Można powiedzieć: Prof. Binienda się mylił. Dobrze. W takim razie należy wskazać błąd. Zakwestionować parametry materiałowe. Wykazać wadę modelu. Zmienić warunki brzegowe. Przeprowadzić konkurencyjną symulację. Najlepiej — skonfrontować wyniki z eksperymentem i rzeczywistymi przełomami konstrukcji.

Równanie przeciw równaniu. Model przeciw modelowi. Eksperyment przeciw eksperymentowi. Metal przeciw hipotezie.

Historia lotnictwa zna przypadki, w których ciężkie samoloty po opuszczeniu drogi startowej przechodziły przez zadrzewiony teren, niszcząc kolejne przeszkody, a konstrukcja pozostawała na tyle integralna, że ludzie przeżywali. Znamy również katastrofy, w których kontakt z przeszkodą terenową prowadził do natychmiastowego, katastrofalnego uszkodzenia maszyny.

I właśnie dlatego analogia nie wystarcza. Ani „miękka brzoza”, ani „potężny Tupolew” nie są argumentem naukowym. Argumentem są parametry konkretnego zderzenia. A skoro mechanizm zniszczenia skrzydła stał się jednym z kluczowych elementów oficjalnej rekonstrukcji ostatnich sekund lotu, istnieje jeden materialny świadek, którego wartość przewyższa wszystkie telewizyjne animacje.

Samo skrzydło. Jego przełomy. Odkształcenia. Nity. Dźwigary. Poszycie. Kierunki deformacji. Ślady pozostawione na metalu. I tutaj po raz kolejny dochodzimy do absurdu całej historii. Wrak pozostaje w Rosji.

Drugi przykład — prof. Kazimierz Nowaczyk

Profesor Binienda nie był jednak jedynym naukowcem, który próbował sprawdzić elementy oficjalnej rekonstrukcji metodami właściwymi swojej dziedzinie. Inną drogą poszedł prof. Kazimierz Nowaczyk. Początkowo interesowało go pytanie wcześniejsze od samej mechaniki zderzenia skrzydła z brzozą:

czy według dostępnych danych pokładowych samolot w ogóle znajdował się tam, gdzie musiałby się znajdować, aby do takiego zderzenia doszło?

Podstawą jego analiz stały się między innymi zapisy amerykańskich urządzeń TAWS i FMS zainstalowanych w Tu-154M. Były to dane zapisane przez urządzenia znajdujące się na pokładzie samolotu i odczytywane po katastrofie przy udziale ich amerykańskiego producenta. Szczególne znaczenie Nowaczyk przypisywał zapisowi oznaczonemu jako TAWS #38. Na podstawie własnej rekonstrukcji trajektorii twierdził, że dane TAWS i FMS nie dają się pogodzić z przebiegiem ostatnich sekund lotu przedstawionym w oficjalnych raportach. Według jego obliczeń trajektoria maszyny w rejonie brzozy przebiegała wyżej, a samolot miał przelecieć ponad drzewem, zamiast utracić na nim fragment lewego skrzydła.

Było to twierdzenie fundamentalne. Bo jeśli samolot rzeczywiście znajdował się ponad brzozą, cały łańcuch zdarzeń rozpoczynający się od mechanicznego odcięcia końcówki skrzydła przez drzewo wymagałby ponownego rozpatrzenia.

Nowaczyk zwracał również uwagę na sam TAWS #38 — nietypowy zapis zdarzenia związanego z lądowaniem, mimo że według analizowanych parametrów maszyna miała znajdować się jeszcze nad poziomem terenu. Badał także ostatnie zapisy FMS oraz moment zaniku działania systemów pokładowych. Nie oznaczało to oczywiście, że TAWS „zarejestrował wybuch”. System nie był detektorem eksplozji. Powstawało jednak pytanie:

co wydarzyło się z samolotem pomiędzy ostatnimi prawidłowymi zapisami urządzeń a nagłym zakończeniem ich pracy?

Na tym badania prof. Nowaczyka się nie kończyły.

W późniejszym okresie, już jako jeden z najważniejszych członków podkomisji ponownie badającej katastrofę, przedstawiał znacznie dalej idące zarzuty wobec wcześniejszej rekonstrukcji. Jednym z nich była kwestia zapisów rejestratorów lotu. Nowaczyk twierdził, że w materiałach wykorzystywanych do oficjalnej rekonstrukcji występowały przesunięcia czasowe, braki oraz różnice dotyczące końcowych sekund lotu. Mówił wprost o manipulacji zapisami i wskazywał na potrzebę ponownego zsynchronizowania różnych źródeł danych. To niezwykle poważny zarzut.

Ale również niezwykle łatwy do sformułowania jako pytanie naukowe. Jeżeli zapis został skrócony — pokażmy wersje źródłowe. Jeżeli nie został — pokażmy pełny ciąg danych. Jeżeli różnica wynika z odmiennego czasu urządzeń, sposobu kopiowania, próbkowania albo synchronizacji — pokażmy dokładnie, gdzie i dlaczego powstała. Nie trzeba w tej sprawie wierzyć Nowaczykowi. Trzeba porównać dane.

Jeszcze dalej szły wnioski dotyczące destrukcji samolotu w powietrzu.

W 2018 roku Nowaczyk, przedstawiając ustalenia raportu technicznego podkomisji, mówił już wprost o dwóch eksplozjach: pierwszej w rejonie lewego skrzydła i drugiej w centropłacie. Podkomisja wiązała pierwszy mechanizm z utratą części skrzydła jeszcze przed końcową destrukcją maszyny, drugi zaś z rozpadem centralnej części konstrukcji. Argumentację budowano nie tylko na TAWS i FMS, lecz również na modelach numerycznych, rozmieszczeniu szczątków, charakterze deformacji konstrukcji i innych analizach.

I tutaj ponownie należy oddzielić obserwację od interpretacji. Nietypowy zapis urządzenia nie jest jeszcze dowodem eksplozji. Utrata zasilania nie jest jeszcze dowodem eksplozji. Nietypowe położenie fragmentu samolotu nie jest jeszcze dowodem eksplozji. Ale jeżeli badacze twierdzą, że wiele niezależnych obserwacji daje się wyjaśnić jednym mechanizmem, powstaje hipoteza naukowa. I tę hipotezę trzeba sprawdzić. Nie wyśmiać. Nie przyjąć na wiarę. Sprawdzić.

Profesor Nowaczyk i pozostali badacze podkomisji wskazywali także na charakter deformacji elementów skrzydła i centropłata, ślady termiczne oraz rozmieszczenie fragmentów konstrukcji jako przesłanki mające wspierać hipotezę gwałtownego rozpadu maszyny jeszcze przed końcowym kontaktem z ziemią. Pojawiał się również argument dotyczący karboksyhemoglobiny w organizmach części ofiar. Podwyższony poziom związania hemoglobiny z tlenkiem węgla interpretowano jako możliwą przesłankę kontaktu z produktami spalania jeszcze przed śmiercią.

Tutaj ostrożność musi być szczególna. Sam poziom karboksyhemoglobiny nie mówi jeszcze, gdzie, kiedy ani wskutek jakiego procesu doszło do ekspozycji. Aby uczynić z niego argument dotyczący wydarzeń w powietrzu, trzeba znać wyniki dla konkretnych ofiar, sposób pobrania i zabezpieczenia próbek, ich stan, czas wykonania badań, możliwe zmiany pośmiertne i przede wszystkim mechanizm, który miałby wyjaśniać otrzymane wartości.

Znów więc: dane przed wnioskiem. W ten sposób wokół analiz Nowaczyka powstało właściwie kilka odrębnych pytań:

Czy samolot uderzył w brzozę?

Czy trajektoria wyprowadzona z TAWS i FMS była zgodna z trajektorią oficjalną?

Dlaczego powstał TAWS #38?

Kiedy dokładnie zakończyła się praca poszczególnych urządzeń?

Czy końcowe zapisy rejestratorów były kompletne i prawidłowo zsynchronizowane?

Czy skrzydło zaczęło ulegać destrukcji przed rejonem brzozy?

Czy charakter rozpadu skrzydła i centropłata odpowiadał wyłącznie zderzeniu z ziemią?

Czy wyniki badań toksykologicznych ofiar zawierały informacje istotne dla rekonstrukcji ostatnich sekund lotu?

I wreszcie: czy wiele tych niezależnych obserwacji rzeczywiście można było połączyć hipotezą eksplozji?

Można odpowiedzieć: nie. Można powiedzieć, że Nowaczyk błędnie interpretował dane. Można zakwestionować jego rekonstrukcję trajektorii, sposób synchronizacji zapisów, interpretację TAWS #38 albo dalsze wnioski podkomisji.

Ale wtedy zaczyna się nauka.

Która współrzędna jest błędna?

Która wysokość została źle przeliczona?

Który zegar niewłaściwie zsynchronizowany?

Który parametr TAWS źle zinterpretowany?

Który model destrukcji jest wadliwy?

Który wynik toksykologiczny otrzymał niewłaściwe znaczenie?

Która symulacja nie odpowiada rzeczywistym warunkom?

Pokażmy.

Prof. Binienda i prof. Nowaczyk spotykali się więc przy tej samej katastrofie, dochodząc do niej z różnych stron. Binienda pytał o mechanikę zderzenia. Nowaczyk — początkowo przede wszystkim o trajektorię i zapis urządzeń, a później, wraz z innymi członkami podkomisji, o moment i mechanizm rozpadu konstrukcji. Do tego dochodziły analizy kolejnych specjalistów zajmujących się deformacją metalu, rozmieszczeniem szczątków, zapisami urządzeń, materiałami wybuchowymi, medycyną sądową i innymi elementami rekonstrukcji.

Nie oznacza to jeszcze, że wszystkie ich wnioski były prawidłowe. Ale nie oznacza również, że można je obalić słowem „nieprawda”.

Naukowca można pokonać bardzo łatwo. Trzeba wykazać jego błąd. Jeżeli twierdzi, że źle zsynchronizowano czas — pokażmy prawidłową synchronizację. Jeżeli twierdzi, że samolot przeleciał nad brzozą — pokażmy z tych samych danych, że znajdował się niżej. Jeżeli twierdzi, że skrzydło uległo destrukcji wcześniej — pokażmy mechanizm prowadzący do obserwowanych uszkodzeń bez tego założenia. Jeżeli hipoteza dwóch eksplozji jest błędna — pokażmy model, który lepiej wyjaśnia cały dostępny materiał.

Dane przeciw danym. Obliczenie przeciw obliczeniu. Model przeciw modelowi. Eksperyment przeciw eksperymentowi. I dopiero wtedy wniosek przeciw wnioskowi. Bo nauka nie polega na głosowaniu, który raport ma rację. Polega na tym, że wynik musi wytrzymać próbę sprawdzenia. A jeżeli zamiast odpowiedzi na pytanie zaczyna się dyskusja o tym, kto pytanie zadał, z kim współpracował, do którego obozu został zaliczony i dlaczego w ogóle ośmielił się pytać — wtedy przestajemy rozmawiać o nauce. I znowu zaczynamy słyszeć szum.

Kontrargumenty?

Byłoby jednak nieuczciwością pozostawić czytelnika z wrażeniem, że na analizy Biniendy, Nowaczyka i innych badaczy odpowiadano wyłącznie drwiną, polityczną etykietą albo medialnym ostracyzmem.

Odpowiedzi istniały i część z nich miała charakter stricte ekspercki.

Badano fragmenty metalu zabezpieczone w smoleńskiej brzozie i wskazywano na ich zgodność materiałową z elementami konstrukcji Tu-154M. Analizowano zapisy rejestratorów i przedstawiano techniczne wyjaśnienia różnic dotyczących ich końcowych fragmentów, związane między innymi z konstrukcją urządzeń, buforowaniem danych i momentem zaniku zasilania. Prowadzono badania fizykochemiczne próbek pobranych ze szczątków. Powstawały obszerne ekspertyzy dotyczące mechanizmu rozpadu konstrukcji, przebiegu ostatniej fazy lotu i obrażeń ofiar.

Tego materiału nie wolno pomijać. Jeżeli piszemy o szumie, nie możemy usuwać z niego sygnałów tylko dlatego, że prowadzą w stronę przeciwną do naszych własnych przekonań.

Problem zaczyna się gdzie indziej. Czym innym jest bowiem istnienie kontrargumentu, a czym innym jego zdolność do falsyfikacji konkretnej analizy. Jeżeli twierdzimy, że model prof. Biniendy był błędny, właściwą odpowiedzią jest wskazanie błędnego parametru materiałowego, geometrii, warunku brzegowego albo sposobu modelowania, zastąpienie go wartością właściwą i pokazanie, jak zmienia się wynik symulacji. Jeżeli twierdzimy, że prof. Nowaczyk błędnie odtworzył trajektorię, należałoby wziąć te same dane TAWS i FMS, wskazać błąd jego metody i pokazać, dlaczego poprawne obliczenie prowadzi do innego przebiegu lotu.

Jeżeli spór dotyczy końcowych sekund rejestratorów, trzeba przedstawić zapis źródłowy, konstrukcję urządzenia, sposób buforowania informacji, synchronizację zegarów i dokładnie pokazać, skąd powstaje różnica. W tym przypadku takie techniczne wyjaśnienia rzeczywiście przedstawiano i należy je uczciwie odnotować.

Podobnie z brzozą. Znalezienie w niej elementów odpowiadających materiałom konstrukcji samolotu jest istotnym dowodem materialnym przemawiającym za kontaktem maszyny z drzewem. Nie odpowiada jednak samo przez się na wszystkie pytania dotyczące mechanizmu tego kontaktu: jego energii, geometrii, zakresu uszkodzenia skrzydła i późniejszego zachowania samolotu. To są już kolejne pytania mechaniki.

Tak samo brak potwierdzenia obecności materiałów wybuchowych w określonych badaniach próbek jest poważnym argumentem przeciw hipotezie eksplozji. Ale jego rzeczywista siła zależy od tego, skąd pobrano próbki, jak je zabezpieczono, jakimi metodami je badano, jaka była czułość tych metod i jaki dokładnie zakres wniosków pozwalały one sformułować.

A brak zarejestrowanego odgłosu eksplozji? To również argument.

Ale naukowe pytanie brzmi precyzyjniej: czy eksplozja o postulowanej energii, w postulowanym miejscu i momencie powinna pozostawić w konkretnym systemie rejestrującym rozpoznawalny sygnał? Jeśli tak — jaki? Jeżeli go nie ma, jest to ważny kontrargument. Tyle że dopiero odpowiedź na całe pytanie daje nam analizę, nie samo hasło:

„wybuchu nie słychać”.

Jeszcze większej ostrożności wymaga kwestia karboksyhemoglobiny stwierdzanej w materiale pochodzącym od części ofiar. Jeżeli wynik taki ma przemawiać za kontaktem z produktami spalania przed końcowym zderzeniem, trzeba wykazać mechanizm i czas ekspozycji. Jeżeli przeciwnie — miałby powstać wskutek pożaru już po zderzeniu — również trzeba wykazać, że taki mechanizm w danych warunkach jest fizjologicznie i czasowo możliwy. Nie wystarczy powiedzieć:

„eksperci wyjaśnili”.

Trzeba pokazać jak wyjaśnili. I tutaj dochodzimy do sedna problemu. Bo odpowiedzi naukowe istniały. Niekiedy bardzo obszerne i techniczne. Jednocześnie w przestrzeni publicznej znacznie częściej od całego procesu dochodzenia do wniosku słyszeliśmy jego rezultat.

„Brzoza urwała skrzydło”.

„Brzoza nie mogła urwać skrzydła”.

„Nie było wybuchu”.

„Były wybuchy”.

„Rejestratory są zgodne”.

„Rejestratory zmanipulowano”.

„Nauka rozstrzygnęła”.

„Nauka udowodniła zamach”.

I przeciętny odbiorca stawał przed osobliwą sytuacją. Dwie strony powoływały się na naukę, a on otrzymywał przede wszystkim dwa przeciwstawne werdykty. A przecież właśnie tutaj powinna rozpoczynać się najciekawsza część całej sprawy.

Połóżmy obie analizy obok siebie. Brzoza: parametry przeciw parametrom. TAWS i FMS: współrzędne przeciw współrzędnym. Rejestratory: zapis przeciw zapisowi. Symulacje: model przeciw modelowi. Chemia: próbka, metoda, wynik i zakres błędu. Medycyna sądowa: wynik, mechanizm i czas. Dane przeciw danym.

Metoda przeciw metodzie. Model przeciw modelowi. Eksperyment przeciw eksperymentowi. I dopiero potem: wniosek przeciw wnioskowi.

Być może właśnie tego najbardziej zabrakło w społecznym odbiorze Smoleńska. Nie ekspertów. Nie komisji. Nie raportów. Nie tysięcy stron dokumentacji. Zabrakło wielkiej, publicznie czytelnej konfrontacji konkurencyjnych rekonstrukcji, podczas której każdy zasadniczy punkt sporny zostałby rozebrany na części przez ludzi reprezentujących odmienne stanowiska i poddany tej samej metodzie sprawdzania. Bez konferencji prasowej. Bez polityków. Bez „naszych” i „waszych” ekspertów.

I tutaj eksperyment ponownie dochodzi do tej samej przeszkody. Wraku Tupolewa nie ma w Polsce. Nie oznacza to, że brak wraku dowodzi zamachu. Nie oznacza również, że bez wraku niczego nie można ustalić. Oznacza coś znacznie bardziej elementarnego: w sporze dotyczącym fizycznego mechanizmu rozpadu samolotu jeden z najważniejszych materialnych przedmiotów badania przez szesnaście lat nie został oddany państwu, do którego należał. Dlatego tym większej ostrożności wymagają ostateczne werdykty.

Bo największym paradoksem szumu jest to, że wcale nie musi składać się wyłącznie z kłamstw. Może składać się również z faktów. Wystarczy wymieszać pomiar z interpretacją, hipotezę z dowodem, ekspertyzę z komentarzem, wynik z politycznym werdyktem — tak dokładnie, aby odbiorca przestał wiedzieć, gdzie kończy się to, co zmierzono, a zaczyna to, co z pomiaru wywnioskowano.

I wtedy pozostają już dwa obozy. Jedni wiedzą, że był zamach. Drudzy wiedzą, że go nie było. Nauka natomiast zaczyna się od słowa znacznie mniej efektownego: Sprawdźmy.

Tymczasem wokół naukowców zajmujących się Smoleńskiem rozpętywały się kolejne burze medialne. Zamiast pytać wyłącznie: „czy obliczenia są poprawne?”, coraz częściej pytano: kim jest autor? Po której stronie sporu stoi? Z kim współpracuje? Dlaczego w ogóle zajmuje się Smoleńskiem? Pojawiały się również relacje samych badaczy o naciskach i próbach zniechęcania ich do dalszego zajmowania się sprawą.

I tutaj należałoby kiedyś wykonać kolejną ogromną pracę dokumentacyjną. Nie przyjmować tych relacji na wiarę. Sprawdzić je. Kto? Kiedy? Do kogo? W jaki sposób? Z jakim skutkiem? Jeżeli okaże się, że próbowano ingerować w działalność zawodową naukowców albo powstrzymywać ich badania, wtedy powstaje pytanie znacznie poważniejsze niż to, kto wygrał konkretny spór techniczny:

Jak daleko poza Polskę sięgała walka o możliwość badania Smoleńska? 

Naukowca można przecież pokonać bardzo łatwo. Trzeba wykazać jego błąd. Jeżeli zamiast tego próbuje się sprawić, żeby przestał pytać — przestajemy rozmawiać o nauce.’Zaczynamy rozmawiać o szumie.

Telewizyjna prawda

Za granicą sytuacja wyglądała jeszcze inaczej. Przeciętny niemiecki czy zachodni widz nie śledził polskich sporów, ekspertyz i tysięcy stron dokumentacji. Dostawał gotową opowieść – film dokumentalny, czterdzieści kilka minut. Początek, rozwinięcie, zakończenie.

Mgła. Zejście. Błędy. Katastrofa. Koniec.

National Geographic poświęcił Smoleńskowi odcinek Air Crash Investigation. Podobne rekonstrukcje funkcjonowały później przez lata w zagranicznym obiegu telewizyjnym. Problem polega na tym, że rzeczywistość po napisach końcowych nie przestała się zmieniać. Pojawiały się następne ekspertyzy, inne interpretacje zapisów, pytania dotyczące pracy rosyjskich kontrolerów, spory dotyczące obecności generała Andrzeja Błasika w kokpicie, badania mechanizmu zniszczenia skrzydła i kolejne postępowania prokuratorskie. Telewizyjny film pozostał ten sam.

Tak właśnie powstaje szczególny rodzaj pamięci. Pamięć błędów.  Bez refleksji. Winni są nazwani. Sprawa zamknięta. Cóż z tego że tysiące ludzi i kilkunastu ekspertów z zespołami szukały i badały dalej, mimo warunków w których nikt, dla kogo empiryczny dowód jest punktem wyjścia nie podjąłby się takich badań.

Nie trzeba nikogo przekonywać codziennie. Wystarczy co jakiś czas ponownie wyemitować gotową historię. Co z tego że mająca z dnia na dzień więcej do czynienia z popularnonaukową opowieścią według utartego szablonu katastrof lotniczych niż z prawdą tego szczególnego zdarzenia jakim była Tragedia Smoleńska? Ludzie to kupią. Bo komu będzie się chciało na własny rachunek czasu i prądu oraz niewygody psychicznej sprawdzać szczegół po szczególe?

Trzy śledztwa

Po szesnastu latach Smoleńsk można byłoby właściwie badać na trzech równoległych poziomach.

Pierwszym jest śledztwo materialne: co rzeczywiście wydarzyło się z samolotem?

Drugim — śledztwo informacyjne: kto, kiedy i na jakiej podstawie pierwszy podał każdą z informacji, które później stały się częścią zbiorowej świadomości?

A trzecim — śledztwo społeczne: jaką rolę odegrały tysiące ludzi, którzy przez lata archiwizowali, porównywali i analizowali dostępne materiały?

Można byłoby stworzyć wielką chronologięPierwsze piętnaście minut.

Pierwsza godzina.

Pierwsze trzy godziny.

Pierwsza doba.

Trzy doby.

Miesiąc.

Rok.

Pięć, dziesięć… W końcu – piętnaście i ponad szesnaście już lat?

I przy każdej znaczącej informacji postawić kilka najprostszych pytań:

Kto powiedział to pierwszy? Skąd to wiedział? Jakim dysponował dowodem? Kto wiadomość powtórzył? Jak zmieniła się ona podczas kolejnych powtórzeń? Co zostało z niej po późniejszej weryfikacji?

A jeżeli okazała się fałszywa: czy jej sprostowanie otrzymało choć jedną dziesiątą przestrzeni, którą otrzymała pierwotna sensacja? To byłaby fascynująca praca doktorska. A może nawet materiał na kilka takich dysertacji? Jej tytuł właściwie już istnieje.

Szum.

Szum słychać. Minęło szesnaście lat. Szum nie ucichł. Zmieniła się tylko jego postać. Dzisiaj można go również usłyszeć podczas miesięcznic smoleńskich, kiedy pamięci dziewięćdziesięciu sześciu zabitych towarzyszą demonstracje, kontrdemonstracje, transparenty, okrzyki, gwizdy i wzajemne oskarżenia. Można mieć najbardziej przeciwstawne poglądy na przyczyny katastrofy. Można odrzucać wnioski jednej komisji i przyjmować drugiej. Można uważać hipotezę zamachu za przekonującą albo całkowicie ją odrzucać.

Ale dziewięćdziesięciu sześciu ludzi naprawdę zginęło. Prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński i elita polskiej generalicji oraz inteligencji  lecieli do Katynia oddać hołd polskim oficerom i przedstawicielom polskiej inteligencji zamordowanym tam przez sowieckie państwo. Nie dolecieli. Zginął kwiat polskiego dowództwa i elity, zarządzającej głównymi siłami obrony państwa polskiego. I tego przynajmniej nie powinien zagłuszać żaden hałas.

A gdy tylko ucichły fanfary i żałobne surmy — rozpoczął się zaciekły atak na wszystkie wartości, jakie reprezentowali ci, których przed chwilą pochowano. Odsądzano ich od czci i wiary. Ośmieszano, drwiono i szydzono z każdego aspektu ich życia. Stali się obiektem żartów i kpin tak dalece podłych i okrutnych, że trudno było uwierzyć, iż wszystko to wychodzi od ludzi, o których wydawało się nam, że są światli.

Byle tylko zohydzić i wyszydzić — ponownie zresztą, jak aż do chwili śmierci — wszystko to, co reprezentowali i na rzecz czego działali za życia. A przy okazji zdehumanizować i ośmieszyć również tych, dla których pozostawali wzorami. Szum narastał, a powodowany przez niego chaos coraz skuteczniej rozpraszał sygnał prawdy. Świat, który widział i znał mój przyjaciel, pokazał całe swoje piekielne oblicze. Jednak społeczeństwo potrafiło to przetrwać, mimo że tę jego część, która starała się nie wierzyć w szum, lecz słuchać sygnału intuicji, z uporem deprecjonowano określeniem „Sekta Smoleńska”.

Zakłócenia

Być może jednak po tych wszystkich latach należałoby postawić jeszcze jedno pytanie. Czy celem szumu zawsze jest zagłuszenie konkretnego sygnału? A może czasami celem jest sam szum?

Zszokować społeczeństwo. Zalać je sprzecznymi informacjami. Sprawić, aby jedni przestali wierzyć drugim, aby każda wiadomość natychmiast otrzymywała swoją antywiadomość, każdy ekspert — antyeksperta, każdy dowód — kontrdowód, każda pamięć — kontrpamięć. Nie trzeba wtedy przekonać wszystkich do jednego kłamstwa. Wystarczy sprawić, żeby przestali wierzyć, że istnieje jeszcze jakaś wspólna prawda.

A kiedy znika wspólna płaszczyzna faktów, pojawia się chaos. Za nim przychodzi podział. Ludzie przestają spierać się o wydarzenie, a zaczynają spierać się między sobą. Przestają słuchać argumentów, zaczynają rozpoznawać obozy. Pytanie „co się wydarzyło?” zostaje zastąpione pytaniem „po której jesteś stronie?”.

Stara zasada divide et impera (dziel i rządź) nie wymaga przecież ciszy. Przeciwnie. Potrzebuje hałasu.

Być może więc szum nie jest jedynie produktem ubocznym wielkiej tragedii i chaosu, który po niej następuje. Może być również mechanizmem. Środkiem. Narzędziem służącym realizacji innych celów. Nie twierdzę, że właśnie tak było w przypadku Smoleńska. Pytam tylko, czy po szesnastu latach nie powinniśmy również tej możliwości poddać badaniu. Bo państwo można osłabiać na wiele sposobów.

Jednym z nich jest sprawić, aby jego obywatele przestali słyszeć siebie nawzajem. Wystarczy wytworzyć odpowiednio dużo szumu.

Sygnał

Wracam więc do małego mieszkania w Moguncji. 10 kwietnia 2010 roku. Telefon. Alexander Raskatov nie był ekspertem badającym katastrofy lotnicze. Nie był świadkiem katastrofy. Nie miał dostępu do wraku ani rejestratorów. Nie mógł wiedzieć, co wydarzyło się nad Smoleńskiem. Był kimś innym.

Był świadkiem Rosji.

Człowiekiem, który opuścił sowiecki świat i znał mechanizmy jego działania znacznie lepiej ode mnie. Dlatego nie traktuję jego słów jako dowodu dotyczącego katastrofy. Traktuję je jako świadectwo człowieka, który tego samego dnia ostrzegł mnie przed czymś, czego znaczenia jeszcze nie rozumiałem. Przed szumem.’Nie zerwaliśmy kontaktu. Nie przestaliśmy być przyjaciółmi. Rosyjski kompozytor i polski muzyk pozostali po dwóch stronach telefonu dokładnie tymi samymi ludźmi. Zmienił się świat wokół nich.

Cztery lata później Rosja zajęła Krym i rozpoczęła wojnę w Donbasie. Osiem kolejnych lat później rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, która trwa po dziś dzień a jej losy nie są przesądzone.

I nieraz później przypominałem sobie tamten telefon. Dzisiaj również go słyszę. Każdego 10. kolejnego miesiąca. Może dlatego, że muzycy przez całe życie uczą się jednej prostej rzeczy: Słuchać. A słuchanie nie polega na przyjmowaniu każdego dźwięku z jednakową uwagą. Polega na umiejętności odróżnienia sygnału od szumu. Bo najskuteczniejszym sposobem zagłuszenia prawdy nie zawsze jest cisza.

Czasami wystarczy zrobić odpowiednio dużo szumu.

Post scriptum

Pozostaje jedno pytanie tak proste, że niemal nieznośne.

Gdyby jutro wrak polskiego Tu-154M znalazł się w Polsce, został zabezpieczony w hangarze i oddany międzynarodowemu zespołowi najwyższej klasy specjalistów — bez polityków, bez kamer, bez konferencji prasowych — czy nie powinniśmy wszyscy, niezależnie od poglądów, chcieć właśnie tego?

Przebadać. Porównać. Sprawdzić. I dopiero potem wyciągnąć wnioski. Bo nawet pośród największego szumu obowiązuje jedna stara zasada: Najpierw ciało. Potem sekcja. Na końcu diagnoza.

Epilog

BS: Jurku, to ty?

JW: Ja. Jeszcze żyję…

BS: Ale źle cię słychać. Gdzie jesteś?

JW: Na demonstracji. Chciałem oddać cześć Ofiarom.

BS: Idziecie pod wodospadem?

JW: Nie. To szum kontrdemonstracji.

BS: Oni też przyszli oddać hołd?

JW: Oczywiście.

BS: Komu?

JW: Tym, którzy im płacą, żeby mogli przychodzić.

Konstancja Kochaniec — „Ballada Smoleńska” — Improwizacja | Smoleńsk Ballad — Improvisation