Polsko-ukraińskie sympozja miały jedną wielką zaletę: pozwalały Polakom dowiedzieć się, co na Ukrainie myślą Ukraińcy. Oczywiście pod warunkiem, że byli to odpowiedni Ukraińcy.
Sale konferencyjne, mikrofony, referaty, kwiaty, uściski i „strategiczne partnerstwo”. Wszystko jak należy. Tylko czasami prawda miała pecha nie dostać zaproszenia.
A przecież już w latach 90. wystarczyło zrobić rzecz znacznie prostszą: wyjść z hotelu.
Zamiast profesora — zagadać do taksówkarza.
Zamiast eksperta — do babiny z bazaru.
Zamiast panelu — usiąść w tanim barze.
Tamtejsza „opinia publiczna” bywała zadziwiająco dobrze poinformowana i, co gorsza, pozbawiona potrzeby podobania się polskim gościom.
Można było usłyszeć rzeczy, których nie przewidywał program żadnego sympozjum.
Ale po co słuchać ludzi, skoro można było słuchać referatów o ludziach?
I tak przez lata budowaliśmy mosty nad rzeką, której nikt z uczestników konferencji najwyraźniej nie próbował przekroczyć.
Najbardziej poszkodowani zostali oczywiście nasi eksperci od pojednania. Przyjeżdżali, wygłaszali, podpisywali, fotografowali się i wracali z przekonaniem, że wykonali kawał dobrej roboty.
Tymczasem prawda siedziała kilka ulic dalej przy plastikowym stoliku.
I chyba tylko czekała, aż ktoś wreszcie zapyta ją o zdanie.
Zostaw komentarz