Od wielu lat staram się opowiadać Wam historię Bieszczad. Nie jestem historykiem ani naukowcem. Nie piszę akademickich opracowań. Jestem po prostu człowiekiem, który te góry kocha i który wierzy, że ich historia zasługuje na pamięć.
Dlatego opowiadam ją tak, jak potrafię najlepiej . Staram się robić w sposób prosty i zrozumiały dla każdego. Nie chcę Was zanudzać po dwóch zdaniach. Chcę, żebyście czytając te słowa mogli zobaczyć w wyobraźni bieszczadzkie lasy, poczuć chłód wiatru na grzbietach gór i zrozumieć, że te piękne dziś miejsca były kiedyś świadkami niewyobrażalnych tragedii.
Bo Bieszczady to nie tylko połoniny, cisza i dzika przyroda. W XX wieku te góry widziały więcej cierpienia niż spokoju. Ich szczyty spowija dziś mgła, ale pod tą ciszą kryją się historie setek tysięcy ludzi, którzy kochali, marzyli… a potem zostali pochłonięci przez tragedie jakie miały tu miejsce.
I wojna światowa zebrała tu swoje krwawe żniwo. Później przyszła II wojna światowa, a potem działalność UPA – kolejne fale bólu, krzyku i strachu.
Kilka słów tego co wydarzyło się na Manyłowej.
Prawie każdy bieszczadzki szczyt był świadkiem ludzkich tragedii. Każdy grzbiet, każda dolina, każdy las pamięta krzyk rannych i huk wystrzałów. Te góry spłynęły krwią żołnierzy wielu narodowości i cywilów w różnych okresach krwawych starć…Gdyby ziemia potrafiła mówić, mogłaby opowiadać o tych wydarzeniach całymi godzinami.
Dziś Manyłowa wygląda spokojnie. Mgła sunie po bukowych pniach, wiatr szumi w koronach drzew, a słońce przebija się przez chmury jak nieśmiały świadek minionych wydarzeń. Ale jeśli zamkniesz oczy, poczujesz, że ziemia wciąż pamięta.
Był 12 marca 1915 roku. Zima w Bieszczadach była mroźna i surowa. Śnieg skrzypiał pod butami, mróz przenikał przez mundury, a żołnierze drżeli z zimna i strachu. Na szczycie Manyłowej rosyjskie oddziały okopały się pilnując strategicznego grzbietu. Austro-Węgrzy przygotowywali szturm.
Przez tygodnie patrzyli na siebie z odległości kilkudziesięciu metrów. W dzień słychać było pojedyncze strzały, nocą jęki rannych i ciche modlitwy. Ale prawdziwa walka nie toczyła się w okopach – była pod ziemią.
Saperzy austro-węgierscy drążyli tunel pod rosyjskimi pozycjami.. Dni i noce łączyły się w długą, wyczerpującą walkę z czasem i ziemią.
W końcu zapalono lont.
Potężna fala wstrząsnęła szczytem. Kamienie i ziemia poszybowały w powietrze, drzewa łamały się jak zapałki, a huk niósł się po dolinach. Niebo zasnuło się dymem.
Z lasu ruszyli żołnierze austro-węgierscy. Na szczycie panował chaos: dym, krzyki, jęki rannych, błyskające bagnety. Ludzie biegli, potykali się, upadali. Wielu poległo od razu ,wielu zmarło od ran. Śmierć była wszędzie.
Turyści spacerują po szlakach, nie wiedząc, że pod ich stopami leżą żołnierze różnych narodowości – Polacy, Rosjanie, Austriacy, Węgrzy, Czesi. Każdy z nich miał imię, marzenia, rodzinę, która nigdy ich nie zobaczyła.
Na szczycie stoi cmentarz wojenny. Spoczywa tam ponad 600 żołnierzy odnalezionych po latach. Większość bezimienna. Ale każdy z nich pozostawił po sobie historię, którą ziemia przechowuje w milczeniu.
Bo Bieszczady są piękne.
Ale pod tą ciszą wciąż spoczywają ludzie. Synowie, ojcowie, bracia. Ludzie, którzy marzyli o powrocie do domu, a zostali tu na zawsze.
Dlatego gdy następnym razem staniesz na bieszczadzkim szczycie i spojrzysz na bezkresne połoniny, zatrzymaj się na chwilę. Posłuchaj wiatru.
Bo może właśnie w tej ciszy usłyszysz echo historii…
i szept tych, którzy nigdy z tych gór nie wrócili.

Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz