Czwartkowe ślubowanie sędziów Trybunału Konstytucyjnego w gmachu Sejmu wywołało polityczno-prawne trzęsienie ziemi. Ominięcie Prezydenta RP stało się symbolem głębokiego sporu o państwo prawa, a reakcje mediów i autorytetów prawniczych tylko podsycają atmosferę kryzysu.

Czwartkowa uroczystość w Sejmie miała być formalnością – kolejnym krokiem w obsadzaniu stanowisk w Trybunale Konstytucyjnym. Stała się jednak wydarzeniem o ciężarze znacznie większym, bo ślubowanie nowych sędziów TK odbyło się nie wobec Prezydenta RP i w miejscu dotąd dla tej procedury nieprzewidzianym, lecz przede wszystkim dlatego, że unaoczniła coś, co od dawna buzowało pod powierzchnią: głęboki, systemowy konflikt o to, czym właściwie jest dziś państwo prawa.

Zwolennicy tej formy ślubowania mówią o konieczności działania i odblokowania instytucji.

Krytycy – o niebezpiecznym precedensie i obchodzeniu konstytucyjnych reguł.

W tym sporze nie chodzi już wyłącznie o interpretację przepisów. Chodzi o to, kto ma ostatnie słowo w państwie i gdzie przebiega granica między legalnością a polityczną wygodą.

Dodatkowego ognia dolały przekazy medialne, w których pojawiły się sugestie o „poświadczeniu nieprawdy” przez osoby składające ślubowanie. To sformułowanie, ciężkie gatunkowo, przenosi debatę z poziomu sporu ustrojowego na poziom potencjalnych zarzutów prawnych. I choć trudno dziś mówić o jednoznacznych rozstrzygnięciach, sama obecność takich oskarżeń pokazuje skalę napięcia.

Warto w tym miejscu przywołać głosy autorytetów prawniczych, które – choć różnią się w tonie – zgodnie wskazują na wagę sytuacji. Jerzy Stępień zwraca uwagę, że „rytuały konstytucyjne nie są dekoracją, lecz istotą państwa prawa”. W jego ocenie przeniesienie aktu ślubowania poza konstytucyjnie utrwalony porządek może prowadzić do niebezpiecznego relatywizowania procedur. Jak podkreśla, prawo przestaje być stabilnym punktem odniesienia, jeśli zaczyna zależeć od bieżącej sytuacji politycznej.

Jeszcze ostrzej sytuację ocenia prof. Andrzej Zoll, który wielokrotnie podkreślał, że legalność działań państwa nie może być „uzupełniana” przez polityczną konieczność. W jego komentarzach wybrzmiewa obawa, że dochodzi do tworzenia alternatywnego porządku prawnego – takiego, w którym instytucje działają, ale ich legitymacja jest kwestionowana przez znaczną część środowiska prawniczego. Prof. Zoll zwraca też uwagę na konsekwencje długofalowe: jeśli raz dopuści się możliwość omijania konstytucyjnych mechanizmów, kolejne władze mogą sięgać po ten sam argument. W efekcie państwo przestaje być przewidywalne, a prawo – zamiast chronić obywatela – staje się narzędziem sporu.

Nie wszyscy konstytucjonaliści podzielają jednak tak krytyczną ocenę. Ryszard Piotrowski wskazuje, że w sytuacjach nadzwyczajnego napięcia ustrojowego dopuszczalne mogą być działania mające na celu przywrócenie funkcjonalności instytucji państwa, nawet jeśli budzą one wątpliwości formalne. W jego opinii kluczowe jest nie tylko literalne brzmienie przepisów, ale także ich cel – a tym jest zapewnienie ciągłości działania organów konstytucyjnych.

Do tego dołącza głos byłego prezydenta Andrzej Duda, który podkreślił: „Prezydent jest związany uchwałą Sejmu. I to nie może być tak, że prezydent na przykład przyjmie ślubowanie sędziowskie od kogoś innego niż ten, kto jest wybrany przez Sejm. Albo tylko od niektórych. No nie. Więc tu jest problem taki, że ta norma konstytucyjna jest jednak bardzo wyraźna (…), prezydent jest tą decyzją Sejmu związany”.

Obaj byli prezesi, choć unikają jednoznacznych politycznych deklaracji, wskazują na coś znacznie poważniejszego niż jednorazowe wydarzenie. Ich diagnoza jest zbieżna: kryzys nie polega na tym, że ktoś złamał przepis – lecz na tym, że znika wspólne rozumienie tego, czym ten przepis jest i jak powinien być stosowany.

Czy mamy więc do czynienia z „abdykacją” prezydenta – jak sugerują niektórzy komentatorzy? To słowo wydaje się przesadzone, ale dobrze oddaje emocje. Nie chodzi o formalne zrzeczenie się władzy, lecz o erozję autorytetu instytucji.

Państwo nie przestaje działać z dnia na dzień. Ono stopniowo traci spójność, gdy kolejne decyzje przestają być powszechnie uznawane za obowiązujące.

Czwartkowe wydarzenie w Sejmie nie rozstrzyga tego sporu. Ono go jedynie pogłębia. I być może najważniejsze pytanie nie brzmi dziś: kto miał rację? Ale: czy jeszcze istnieje wspólna płaszczyzna, na której można tę rację ustalić.

Fot. Anna Strzyżek/ Kancelaria Sejmu