Jeszcze niedawno polityka była sporem. Ostrym, czasem brutalnym, ale jednak sporem o wizję państwa, o gospodarkę, o kierunek zmian. Dziś coraz częściej przypomina walkę, w której przeciwnik nie jest już rywalem, lecz wrogiem.

Wrogiem, którego trzeba pokonać, zniszczyć, wykluczyć. Jakby od wyniku wyborów zależało nie tylko to, kto będzie rządził, lecz czy w ogóle będziemy mogli istnieć.

Dlaczego tak się stało?

Po pierwsze dlatego, że polityka przestała być sporem o programy, a zaczęła być sporem o tożsamość. Gdy w grę wchodzi tożsamość, ludzie reagują tak, jakby bronili własnej godności. Krytyka poglądów zaczyna być odbierana jak atak na człowieka. Wtedy nie ma już miejsca na debatę. Jest tylko podział na „nas” i „ich”.

Po drugie zmienił się świat informacji. Dawniej gazety i telewizja filtrowały emocje. Dziś przestrzeń publiczna jest nieustannym strumieniem bodźców. Platformy społecznościowe nagradzają nie spokój i argumenty, lecz gniew, oburzenie i konflikt. To właśnie one tworzą bańki informacyjne, w których każdy słyszy tylko to, co potwierdza jego przekonania. W rezultacie powstają równoległe światy. Dla jednych faktem jest jedno, dla drugich coś zupełnie przeciwnego.

Po trzecie znikają wspólne autorytety i wspólne punkty odniesienia. Filozofowie od dawna ostrzegali, że gdy zanika wspólna przestrzeń faktów, polityka zaczyna się rozpadać. Każda grupa tworzy wtedy własną wersję prawdy. A jeśli każdy ma swoją prawdę, przestaje istnieć coś takiego jak dobro wspólne.

Najłatwiej w takiej sytuacji rządzić emocjami. Strach mobilizuje szybciej niż rozsądek. Dlatego coraz częściej słyszymy język ostatecznych starć: że to ostatnia szansa, że przeciwnik zniszczy państwo, że jeśli wygra druga strona, wszystko się skończy. Wtedy polityka przestaje być zarządzaniem państwem. Staje się wojną narracji.
Największy paradoks polega na tym, że im bardziej rośnie temperatura politycznego sporu, tym bardziej słabnie to, co powinno być fundamentem demokracji: zdolność do uznania wspólnych faktów i minimalnego interesu wspólnoty.

Bo demokracja nie polega na tym, że wszyscy myślą tak samo. Polega na tym, że mimo różnic uznajemy jedną rzeczywistość i jedno państwo jako wspólne.
Gdy to znika, polityka przestaje być sporem o przyszłość. Zaczyna być walką o to, czyja wersja rzeczywistości przetrwa.
I to jest moment naprawdę niebezpieczny. Bo społeczeństwa rozpadają się nie wtedy, gdy się spierają. Rozpadają się wtedy, gdy przestają wierzyć, że istnieje coś, co jeszcze je łączy.