W dawnym Związku Radzieckim organizowano akademie „ku czci Lenina”. Nieważne były fakty, skutki działań czy cierpienie zwykłych ludzi. Liczył się mit, polityczna użyteczność i wzajemne potwierdzanie własnej słuszności przez ludzi systemu.

Dziś momentami można odnieść wrażenie, że Unia Europejska zaczyna przypominać tamten mechanizm. Elity nagradzają siebie nawzajem, tworząc polityczny panteon nietykalnych postaci.

Najpierw honoruje się Lecha Wałęse, wokół którego od lat toczy się spór o jego relacje z komunistyczną bezpieką. Choć dla mnie i wielu innych to obrzydliwy kapuś a dzisiaj człowiek z psychicznymi problemami.

Potem wyróżnia się Angele Merkel, choć jej polityka migracyjna wywołała jeden z największych kryzysów społecznych i politycznych we współczesnej Europie. Miliony ludzi odczuły skutki chaosu migracyjnego, wzrostu napięć społecznych i utraty poczucia bezpieczeństwa.

Zdemolowała Europe, a mimo to establishment nie mówi o błędach tej Niemki. Woli wręczać nagrody i budować fałszywe legendy.

To właśnie budzi skojarzenia z dawnymi rytuałami „ku czci”. Nie chodzi o porównywanie dzisiejszej Europy do totalitaryzmu, lecz o pewien mechanizm psychologiczny i polityczny- o żałosny spektakl. Mechanizm, w którym elity coraz częściej celebrują same siebie, ignorując gniew, lęki i doświadczenia zwykłych obywateli. Im większe kontrowersje, tym mocniej buduje się pomniki. Jakby nagroda miała unieważnić skutki politycznych decyzji.

Historia pokazuje jednak, że żaden system nie staje się silniejszy przez wzajemne odznaczanie się elit. Staje się silniejszy tylko wtedy, gdy potrafi przyznać się do błędów i słuchać własnych społeczeństw.I być może właśnie tego nie rozumieją dzisiejsze pseudo elity. Że historia potrafi długo milczeć, ale społeczeństwa mają swoją granicę wytrzymałości.

W „Makbecie” pojawia się przepowiednia, że władca będzie bezpieczny, dopóki las nie ruszy na jego zamek. Brzmiało to absurdalnie, niemożliwie. A jednak las „ruszył”, bo żołnierze ukryli się za gałęziami drzew i w ten sposób podeszli pod mury.

Tak samo jest w polityce. Władza często uważa, że nic jej nie zagrozi, aż nagle okazuje się, że zwykli ludzie, dotąd milczący i rozproszeni, zaczynają iść w jednym kierunku i mówić jedno krótkie słowo: Precz!