Czy Polska miała kolonie?

To pytanie powraca regularnie w historycznych sporach. Jedni odpowiadają stanowczo: nie. Inni twierdzą, że rolę kolonii pełniły Kresy Wschodnie, eksploatowane przez magnatów i zasiedlane przez przybyszów z zachodu Rzeczypospolitej.
Ale co, jeśli powiem Wam coś jeszcze bardziej niezwykłego?
Co, jeśli powiem, że nasze Kresy… miały własne kolonie?
Brzmi jak żart? A jednak.
Na zachodnich rubieżach Inflant, nad Bałtykiem, leżała Kurlandia — niewielkie księstwo lenne Rzeczypospolitej. Tak małe, że wielu współczesnych ledwie potrafiło wskazać je na mapie. A jednak właśnie stamtąd wyruszyły statki ku Afryce i Karaibom. Tam powstały faktorie handlowe, forty i zamorskie osady. Pod palmami Tobago załopotała bandera księcia Jakuba Kettlera.
Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że sam Kettler próbował zainteresować swoim przedsięwzięciem króla Rzeczypospolitej.
W czasach, gdy Anglia, Holandia i Francja budowały swoje morskie imperia, kurlandzki książę proponował wspólną drogę ku oceanom. Chciał flot handlowych, zamorskich faktorii i udziału w wielkim handlu, który miał zmienić świat.
Król odmówił.
Może słusznie. Państwo miało wtedy wiele innych problemów. Wojny, spory i zagrożenia wydawały się ważniejsze niż odległe wyspy na końcu świata.
A może był to jeden z tych momentów historii, gdy przyszłość zapukała do drzwi, lecz nikt jej nie rozpoznał?
Nie dowiemy się już nigdy, jak potoczyłyby się losy Rzeczypospolitej, gdyby przyjęto propozycję Kettlera. Czy powstałaby polsko-litewska kompania handlowa? Czy Gdańsk stałby się portem oceanicznym na miarę Amsterdamu? Czy bogactwo płynące z mórz wzmocniłoby państwo przed nadchodzącymi katastrofami?

Wiemy tylko jedno.
Wśród ludzi patrzących na mapę XVII-wiecznej Europy znalazł się człowiek, który patrzył dalej. Za horyzont.
I właśnie o nim jest ta opowieść.