Idee są ważne. To one wytyczają kierunek i określają granice. Bez nich polityka staje się wyłącznie walką o wpływy, stanowiska i partyjne szyldy.

Dlatego z takim zdumieniem obserwuję to, co dzieje się dziś wokół Mateusza Morawieckiego. Zamiast uczciwej dyskusji o jego wizji państwa słyszymy wyzwiska, inwektywy i oskarżenia o zdradę. Zamiast sporu na argumenty coraz częściej oglądamy politykę etykiet i medialnych linczów. To najłatwiejsza metoda, gdy brakuje rzeczowej odpowiedzi.

Ryszard Terlecki, jeden z najbliższych przez lata współpracowników Jarosława Kaczyńskiego, uznał, że potrzebna jest inna droga. Nie wystąpił przeciwko Kaczyńskiemu, lecz zwrócił uwagę na ludzi z jego otoczenia i atmosferę, która zamiast budować, prowadzi do coraz głębszych podziałów. Sam ten fakt powinien skłonić do refleksji. Skoro człowiek będący przez lata w samym centrum obozu dochodzi do takich wniosków, to znaczy, że problem jest znacznie poważniejszy niż próbuje się to przedstawiać.

Najbardziej uderza jednak coś innego. Część polityków związanych ze środowiskiem Zbigniewa Ziobry od lat prowadzi politykę opartą przede wszystkim na agresywnym języku, personalnych atakach i nieustannym podgrzewaniu emocji.

W przestrzeni publicznej wielokrotnie pojawiały się wypowiedzi oraz materiały, które bardziej przypominały polityczny spektakl niż poważną debatę o Polsce. Taki styl komunikacji, wzmacniany przez niektórych polityków i media im sprzyjające, może mobilizować najwierniejszych zwolenników, ale nie przekonuje ludzi oczekujących odpowiedzialności i kultury politycznej. Demokracja potrzebuje argumentów, a nie obelg.

Mateusz Morawiecki od dawna próbuje mówić do szerszego grona Polaków. Można oceniać jego decyzje różnie, ale trudno odmówić mu przekonania, że przyszłość Polski wymaga wyjścia poza partyjne okopy i budowania szerokiego zaplecza dla państwa.

Niesprawiedliwe jest przedstawianie go wyłącznie jako technokraty czy bankowca. To wygodna etykieta, która pomija jego życiorys i rodzinne dziedzictwo. Wyrastał w domu Kornela Morawieckiego, twórcy Solidarności Walczącej, człowieka, dla którego Polska była nie tylko państwem, ale wspólnotą odpowiedzialności. Idea Rzeczypospolitej solidarnej nie była dla Kornela Morawieckiego politycznym sloganem. Była moralnym zobowiązaniem wobec rodzin, ludzi pracy, seniorów i tych wszystkich, którzy potrzebują wsparcia państwa.

Ta wrażliwość społeczna znalazła swoje odbicie w okresie premierostwa Mateusza Morawieckiego. Rozbudowano programy wsparcia rodzin, zwiększono świadczenia dla emerytów, wprowadzono rozwiązania skierowane do wielu grup społecznych, w tym kombatantów. Można spierać się o skuteczność poszczególnych rozwiązań czy sposób ich finansowania, ale trudno zaprzeczyć, że idea Polski solidarnej została przełożona na konkretne działania państwa.

Jednocześnie Polska należała w tym czasie do grona najszybciej rozwijających się gospodarek Europy. Mimo pandemii i późniejszego kryzysu energetycznego utrzymała wysoki poziom wzrostu gospodarczego, a inwestycje publiczne i rozwój infrastruktury pozostawały jednym z filarów polityki rządu. To również warto uczciwie przypominać, zamiast sprowadzać całą ocenę tamtego okresu do politycznych sloganów i hejtu.

Dlatego niepokoi mnie próba sprowadzenia całego sporu do prostego podziału na wiernych i zdrajców. Partie polityczne nie mogą zamieniać się w środowiska, w których samodzielne myślenie jest traktowane jak nielojalność. Tak nie buduje się poważnej formacji politycznej. Tak buduje się dwór.

Polska potrzebuje dziś mniej politycznych egzekucji, a więcej rozmowy o gospodarce, bezpieczeństwie, demografii, edukacji i rozwoju. Potrzebuje odwagi do dyskusji, a nie strachu przed tym, że za odmienne zdanie spadnie lawina hejtu, zmyślonych łgarstw i słownej agresji. Jak obserwuje te komentarze, to mam wrażenie, że wielu ludzi poszło po rozum..i jeszcze nie wróciło.