Włączam telewizor i mam wrażenie, że ktoś przez pomyłkę nacisnął „powtórz”. Te same twarze, te same miny, te same oskarżenia, te same afery wyciągane z politycznej lodówki i podgrzewane po raz setny. Zmieniają się tylko dekoracje i wysokość rachunku, jaki za ten spektakl płaci obywatel.
Polska polityka od lat przypomina kiepski serial, którego scenarzysta dawno stracił pomysły, ale aktorzy uparcie nie chcą zejść ze sceny. Jedni krzyczą na drugich, drudzy krzyczą na pierwszych, a pomiędzy nimi przemyka obywatel, próbując zrozumieć, kiedy właściwie ktoś zacznie zajmować się jego życiem, bezpieczeństwem, podatkami, służbą zdrowia, mieszkalnictwem, gospodarką czy przyszłością dzieci.
Ale spokojnie. Jest przecież najważniejsza sprawa: kto kogo bardziej obrazi w telewizji.
I właśnie dlatego coraz częściej człowiek ma ochotę powiedzieć: dajcie już te wybory. Natychmiast. Nie dlatego, że każdy nowy polityk będzie automatycznie lepszy. Nie będzie. Historia zna wystarczająco wielu młodych geniuszy, którzy po wejściu do polityki bardzo szybko odkrywali uroki partyjnej dyscypliny, stołków i ciepłego fotela. Chodzi o coś znacznie ważniejszego — o możliwość wymiany ludzi, którzy przez lata pomylili mandat z prawem własności do państwa.
Bo Sejm nie jest prywatnym klubem emerytowanych wojowników plemiennych. Polska nie jest planszą do niekończącej się gry „my kontra oni”. A obywatel nie jest statystą, którego zadaniem jest raz na cztery lata wrzucić kartkę do urny, a potem przez kolejne lata oglądać, jak jego wybrańcy urządzają sobie polityczne MMA.
Potrzebujemy wymiany pokoleniowej. Nie dlatego, że młody człowiek z definicji ma rację, lecz dlatego, że państwo nie może być zarządzane wyłącznie przez ludzi mentalnie zakotwiczonych w politycznych wojnach sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Polska przyszłości będzie musiała mierzyć się ze sztuczną inteligencją, demografią, bezpieczeństwem energetycznym, konkurencją gospodarczą, obronnością, cyfryzacją i rosnącą presją ze strony świata, który zmienia się szybciej niż sejmowe konferencje prasowe.
Tymczasem nasi polityczni dinozaury nadal potrafią godzinami debatować o tym, kto w 2007 roku powiedział coś o kimś.
Naprawdę. Polska nie potrzebuje kolejnego sezonu „Afery 2007”.
Potrzebuje ludzi, którzy potrafią coś zbudować.
I tu pojawia się słowo, które w polityce zaczyna brzmieć niemal jak fantastyka naukowa: uczciwość. Nie chodzi o ludzi świętych, bo takich w polityce raczej nie znajdziemy. Chodzi o normalne standardy: odpowiedzialność za słowo, odpowiedzialność za pieniądze publiczne, odpowiedzialność za własne decyzje i świadomość, że mandat poselski nie jest biletem do kariery, lecz zobowiązaniem wobec obywateli.
Konserwatywne spojrzenie powinno być tutaj wyjątkowo proste: państwo ma być silne, sprawne i przewidywalne. Ma chronić obywatela, granice, własność, bezpieczeństwo i interes narodowy. Ma wspierać rodzinę, przedsiębiorczość i tych, którzy pracują na jego utrzymanie. Nie powinno natomiast być prywatnym folwarkiem kolejnych ekip, które po zdobyciu władzy wymieniają swoich ludzi na swoich ludzi, swoich ekspertów na swoich ekspertów, a swoich kolegów na swoich kolegów.
Bo problem Polski nie polega wyłącznie na tym, że politycy się kłócą.
Problem polega na tym, że oni potrafią kłócić się o wszystko poza tym, co naprawdę ma znaczenie.
Dlatego przydałoby się wreszcie przewietrzyć Wiejską. Otworzyć okna. Wpuścić trochę świeżego powietrza. I przy okazji sprawdzić, ile politycznych trupów zalega w szafach.
Niech do polityki przychodzą ludzie młodsi, ale przede wszystkim kompetentni. Ludzie z doświadczeniem zawodowym poza partyjnym aparatem. Ludzie, którzy stworzyli firmę, technologię, instytucję, projekt, którzy wiedzą, czym jest odpowiedzialność za zespół, budżet i wynik. Ludzie, którzy rozumieją, że państwo nie produkuje pieniędzy — ono najpierw zabiera je obywatelom, a dopiero później je wydaje.
I może wtedy zniknie część tego nieustannego wrzasku.
Bo Polska naprawdę nie potrzebuje kolejnych politycznych gladiatorów. Potrzebuje gospodarzy.
A gospodarz nie spędza całego dnia na demolowaniu domu poprzedniego właściciela. Gospodarz sprawdza dach, naprawia instalację, pilnuje rachunków i myśli o tym, co zostawi dzieciom.
Czas więc zakończyć ten polityczny kabaret. Niech starsze pokolenie polityków, które przez lata miało swoje pięć minut — a niektórzy nawet kilka godzin — wreszcie zrozumie, że państwo nie kończy się na ich nazwisku.
Polska jest większa od każdej partii, każdego lidera i każdej politycznej wojny.
I najwyższy czas, żeby wreszcie zaczęli o tym pamiętać ci, którzy tak chętnie przypominają nam, że są „elitą”.
Zostaw komentarz