Okazało się, że pani profesor od wizerunku Polski jest niedobra. Wcześniej była dobra, ale popsuli jej wizerunek. Bo zaczęli jej grzebać w życiorysie. I nagle odkryli, że ona gdzieś po drodze zatraciła zdolność mówienia po polsku. Jak dawna szlachta mieszała zwroty polskie z obcymi i wychodził z tego bełkot. Kiedyś była za to podziwiana, teraz stała się śmieszna.

Oczywiście nie są to zwroty łacińskie, ale angielskie. Dawna szlachta była anachroniczna, dlatego kaleczyła język polski makaronizmami łacińskimi, a pani profesor jest nowoczesna, dlatego ubarwia język polski makaronizmami angielskimi.

Przecież wychowaliśmy całe pokolenia przekonane, że Polacy powinni lepiej mówić po angielsku niż po polsku. Zresztą ten sposób myślenia jest u nas konsekwentnie kontynuowany od setek lat, tylko zmieniają się języki: od łaciny, przez język francuski, aż po język angielski.

Tu nie chodzi wyłącznie o praktyczne korzyści wynikające ze znajomości obcego języka, ale o zaznaczenie swojego statusu społecznego. Dzisiaj zastępowanie polskich słów pojęciami z języka angielskiego jest dowodem na posiadanie wiedzy eksperckiej i naukowej. A doszliśmy przy tym do takiej perfekcji, że autorzy specjaliści sami przestają rozumieć, co napisali.

Są kraje, gdzie w ośrodkach badawczych i akademickich zatrudnia się popularyzatorów nauki, których zadaniem jest tłumaczenie dzieł naukowych na ludzką mowę. Płaci się im za pisanie książek popularnonaukowych o badaniach prowadzonych przez dany ośrodek.

To ma sens, jeżeli środowisko akademickie chce się dzielić z ludźmi swoimi osiągnięciami. Oczywiście muszą też być jakieś osiągnięcia, o których warto pisać. Jeżeli nie, to dużo lepszy jest bełkot. Odgradza ludzi nauki od ludzi rodzajem sakralnego tabu. Nic nie rozumiesz, ale czujesz, że w tym musi być jakaś wyższa mądrość.

Aż tu nagle jedna pani profesor dała się przyłapać na gorącym uczynku, że brak umiejętności mówienia po polsku nie jest wcale dowodem mądrości. Tego nie wolno było głośno mówić!

Co ciekawe, pani profesor Mróz-Gorgoń była już wcześniej, ale nikt jej wcześniej nie widział, że ona jest. Wszyscy się o tym dowiedzieli dopiero wczoraj. I stał się cud. Oto Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu „analizuje sprawę zgodnie z obowiązującymi przepisami wewnętrznymi oraz w zakresie określonym w ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, dotyczącym standardów wymaganych od nauczyciela akademickiego”. Bo ona była ich profesorem, ale oni tego nie wiedzieli, dowiedzieli się dopiero teraz i teraz to badają, aby ustalić, jak to się stało, że ona jest ich profesorem. Jak Boga kocham, wolałbym, żeby bełkotali w tym swoim niezrozumiałym języku.

U nas nie zostaje się profesorem ot tak. Nauka to etatystyczny moloch oparty na systemie biurokratyczno-akademickim. Aby zostać pracownikiem naukowym, trzeba mieć wysoko postawionych promotorów ze świata nauki. Elity akademickie musiały docenić jej sposób mówienia i myślenia. A teraz nie ma winnych.

Myślę nawet, że przez to wszystko blady strach padł na środowisko eksperckie i akademickie. Sytuacja stała się tak nerwowa, że niektórzy najwybitniejsi specjaliści zaczęli się zastanawiać, czy wysłać swoje dzieci na kurs języka polskiego jako języka obcego.

Ale spokojnie, proszę państwa, proszę się nie bać. Nasz świat jest oparty na dwutygodniowych sensacjach medialnych. Więc za dwa tygodnie media pogonią za nową sensacją i sprawa ucichnie. Może w tym czasie wybuchnie jakaś nowa wojna lub przyłapią nauczyciela na tym, że krzyczał na uczniów. To dobry temat na rozpoczęcie roku szkolnego.

To jest tylko takie bicie piany, a może nawet wentyl bezpieczeństwa dla sfrustrowanego społeczeństwa. Medialne newsy odsłaniające na dwa tygodnie kawałki patologii naszego życia same w sobie są również częścią naszej patologii.

Bo pokazują zło, które trwało latami, jakby odkryły coś nowego. Ale później, gdy media przestaną się tym interesować, wszystko będzie się działo po staremu. Problem polega bowiem na tym, że media żyją z pokazywania nieprawidłowości, a nie z ich rozwiązywania.

Od rozwiązywania powinniśmy być my sami, ludzie, społeczeństwo. Ale my jesteśmy absolutnie bezsilni. Jesteśmy tak karykaturalnie bezsilni w tym niby naszym państwie, że dostrzegamy absurdy, w jakich żyjemy, dopiero w telewizorze. Po co mamy je widzieć w naszym życiu, jeżeli nic z tym nie możemy zrobić?

Gdy media oświetlą na chwilę jakiś kawałek popapranej rzeczywistości, nagle czujemy w sobie moc, aby z tym walczyć. I stajemy się wtedy tacy zabawni. Z entuzjazmem wylewamy wszystkie swoje żale, bo wszyscy nas przez moment słuchają tak bardzo jak nas wcześniej nie słuchali. Stajemy się więc tacy groźni i bojowi, bo uwierzyliśmy, że media nam pomogą zmienić system. Głupcy.

To tylko dwutygodniowy festiwal walki z patologią. Tyle trwa zainteresowanie tematem mediów. Później cisza. Więc spieszmy. Został nam już tylko tydzień na krytykowanie pani profesor Mróz-Gorgoń i środowiska akademickiego.