Przez długi czas jeździłem z siostrą i rodzicami na wakacje do Białego Boru. To taka miejscowość między Szczecinkiem, Bobolicami a Miastkiem. Każdego roku jeździliśmy tam na niemal 2 miesiące. Mieszkaliśmy w internacie, domkach campingowych lub pod namiotami. Tam nauczyłem się zapachu ryb, zwłaszcza okoni i sielaw, na własne oczy widziałem jak pocięty na dziesięć kawałków węgorz żył w każdym z tych kawałków osobnym życiem, co dla małego chłopaka było wstrząsającym widokiem.

Latami zazdrościłem rodzinie Konrada z Wrocławia, którego rodzice mieli wóz campingowy i namiot-kuchnię, w której suszyli zbierane przez siebie grzyby. Przez dwa miesiące nie ubieraliśmy obuwia, wszędzie, także do miasta chodziło się na bosaka. Kąpaliśmy się w jeziorze i jeszcze w grudniu czuć było ode mnie zapach glonu i ryb. Godzinami siedzieliśmy w wodzie, z czasem nauczyłem się żeglowania „maczkiem” – taką wanną ze szmatą nabitą na pal, o której mówiono, że nie da się jej wywrócić na jeziorze. A mi się udawało, bo starałem się wykorzystać każdy podmuch wiatru… Wieczorami chodziliśmy do świetlicy miejscowego MOSiRu i oglądaliśmy „Dynastię”.

W Białym-Borze nie było zbyt wiele atrakcji. Przy rynku był kościół, w którym co niedzielę proboszcz w trakcie kazania pytał retorycznie „Dokąd zmierzasz człowieku XX wieku?”. Czasem kilkakrotnie różnie intonując to pytanie, tak jakby był to jakiś zabytek językowy, wymagający szczególnej czci. Potem była restauracja, w której prawie nic nie było, sklep z odzieżą, także skórzaną; buda z frytkami prowadzona przez żonę miejscowego milicjanta, i kilka sklepów z żelazem, oponami i innym rolniczym sprzętem. Dalej do samego Szczecinka i Bobolic nie było już nic, tylko lasy i pola, w tym PGR-y.

Ale było jednak coś osobliwego, coś co przez lata uznawałem za epokowe osiągnięcie Białoborzan, wynalazek na tyle oryginalny, co cudaczny, który skłaniał mnie do myślenia, że w tym jednym aspekcie Biały Bór nie tyle góruje nad Szczecinkiem, Miastkiem i Bobolicami, ale co czyni go swoistą stolicą Polski. Mianowicie był to organizowany co roku w lecie Maraton Taneczny. Reguły były proste: zwyciężała ta para, która bez przerwy w tańcu (były jakieś techniczne na uzupełnienie płynów i bodaj jeden obiad) pozostanie na parkiecie jako ostatnia. Początkowo śledziłem uważnie poszczególne etapy konkursu, ale w końcu doszedłem do wniosku, że najbardziej atrakcyjne i widowiskowe są ostatnie chwile, w których na parkiecie pozostają dwie słaniające się na nogach pary. Partner lub partnerka ewidentnie nadawali się do interwencji medycznej, ale regulamin umożliwiał nokaut przez zwalenie się całej pary na parkiet. Czasem towarzyszył temu płacz, czasem westchnienie i ulga.

A potem dorosłem, miałem wąsy i brodę. I nadal cieszyłem się życiem.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.