Zrozumiałam, jak bardzo jestem wdzięczna moim rodzicom za to, że nauczyli mnie żyć z przyrodą.
Nigdy nie byłam wielką miłośniczką botaniki ani znawczynią drzew albo ptaków, ale na cale życie zostało mi z dzieciństwa „obycie” z przyrodą. Urodzona i wychowana w Warszawie, calutkie życie mieszkajaca w kamienicy, nie mająca żadnej rodziny poza miastem, każde dziecinne wakacje spedzałam na wsi. Wśród moich wakacyjnych, dzicinnych „lokalizacji” było też typowe podwarszawskie letnisko i drewnianym domem i werandą w Urlach, ale przede wszystkim były Niemiry i Tarasówka. A i jedno i drugie to wtedy po prostu tradycyjna polska wieś. Jedna za Wyszkowem, druga na Podhalu.

Dzięki nim zapoznałam sie z gęsiami, które syczały i których bały sie dzieci, bo szczypią, z kurami, które zawsze znosiły jajko nie tam gdzie trzeba, wiedziałam jak doi się krowy ( pouczałam Lodzię Dabrowską naszą gospodynię z Niemir, że to niewygodnie doić w kucki, bo gaździna na Tarasówce ma taki mały drewniany stołeczek….) Widziałam jak fajnie oblizuje palce mały cielaczek… Bałam się barana, ktory może ubość, wiedziałam, jak zaprzęga się konia i jak na kamienistych, wyżłobionych górskich drogach, gazdowie podpierają wielkie wozy z sianem chroniąc przed wywrotką.

Jakże jestem wdzieczna moim nietypowym rodzicom, ktorzy nie tylko, że nie mieli telewizora, ale w dodatku zamiast wczasów FWP fundowali mi takie „przedwojenne” wakacje, w góralskiej chałupie, całkiem bez wygód, ze sławojką za stodołą, wodą ze studni i codziennym myciem nóg w misce (pod umywalnią stały te dwa wiadra na brudną i czysta wodę… na brudną było cynkowane, a na czystą emaliowane).

Nie wiem czy dziś dzieci spędzające wakacje na greckich wyspach wiedzą, jaki fajny może być las? I jak to jest dobrze i bezpiecznie mieć „swoje” stałe miejsca? Jaki mech jest miękki… Można się bawić, że to poduszka. A budowanie szałasu? Albo chowanie się w sianie? (No nie, teraz siano całe w belach, to już nie wykopiesz w stodole swojej wlasnej norki, gdzie kryłam się z książką i latarką, aż następnego lata gaździna powiedziała, z miną bardzo serio, że dobrze, że krowa nie zjadła mojej czerwonej chusteczki w kropki, którą tam zgubiłam w sianie, bo by jej zaszkodziła).

To dzięki tym wiejskim wakacjom nie boję sie pająków, ciem, ani owadów…. i zdałam sobie sprawę, że nie boję się nawet tak za bardzo ciemnego lasu.

Ostatnio przeczytałam wyznanie jednej ze znajomych, która pisała, że boi się lasu, bo ma poczucie, że tam zawsze może na nią czychać jakiś złoczyńca schowany za drzewami… Zastanowiłam się. No własciwie każdy się trochę boi. Zwłaszcza po ciemku. Ale ja wiele razy, czasem z kolegami, a kilka razy nawet zupełnie sama, przemierzałam nocą błotnistą, leśną, górską drogę ze Zgorzeliska na Tarasowkę – jakies 2 km.. (Na sąsiadującej z Tarasówką górze – Zgorzelisku był rządowy dom wczasowy i można było za słoną sumę dojechać tam z Zakopanego taksówką. W takiej sytuacji nie trzeba się było gramolić z dużymi zakupami na plecach ze wsi (z Małego Cichego) na górę, ścieżką przez łąki, tylko można było pójśc w miarę płasko, grzbietami gór przez las).

Główna obawa była czy znajdę po ciemku drogę, gdzie trzeba skręcić na Tarasówkę…. Albo pamiętam jak szłam sama z Kośnych Hamrów (przystanek na drodze Poronin – Bukowina), kiedy udalo mi się załapać na ostatni autobus z Zakopanego… 5 kilometrów wąską szosą przez świerkowy las, a potem juz odkrytym zboczem, łakami w górę….

Traktowałam to jak ćwiczenie odwagi i pocieszałam się, ze ciemosć i pustka są dobre, bo póki nikogo nie ma to nikt mi nic nie zrobi, a jak by ktos mnie chcial napaść to zgaszę latarkę i uskoczę do lasu,a tam ciemno choć oko wykol…. Kocham las. Uwielbiam poziomki, jagody, dzikie maliny (na Tarasówce, rosły razem z jarzębiną, super słodkie, na kamienistych usypiskach, pomiedzy kośnymi łąkami).

Co prawda nie umiem zbierać grzybów (brak mi cierpliwości) ale za to mam inne odziedziczone hobby – uwielbiam zbierać polne i leśne kwiaty. A wiecie po kim to hobby? Nie tylko mama, ale zwłaszcza Tata potrafił mamie nazbierać piękny bukiet! Ba, przyjeżdzając na Tarasówkę sam, mógł zebrać i postawić go sobie na stole ot tak – bo lubił.

Po prawej bukiet Taty na stole, na Tarasówce w 2012 r., po lewej mój dzisiejszy…

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.