Bill Gates ostrzega przed dwudziestoma latami wstrząsów, które może przynieść rozwój sztucznej inteligencji. Roboty i algorytmy mogą w przyszłości przejąć niemal każdą pracę wykonywaną dzisiaj przez człowieka. Zawody, które przez pokolenia dawały ludziom utrzymanie, prestiż i poczucie przydatności, mogą stopniowo znikać. To nie jest już wyłącznie fantastyka naukowa. To scenariusz, z którym poważnie zaczynają liczyć się najwięksi ludzie świata technologii.
I rzeczywiście, jest się nad czym zastanawiać. Co zrobi człowiek, kiedy maszyna będzie pisała szybciej, liczyła dokładniej, diagnozowała trafniej, projektowała sprawniej i wykonywała pracę, za którą dzisiaj otrzymujemy wynagrodzenie? Czy zostanie nam czas na życie, czy raczej poczucie, że staliśmy się niepotrzebni? Możliwe, że największym problemem przyszłości nie będzie brak pracy, ale brak sensu, który przez całe życie wiązaliśmy z jej wykonywaniem. Człowiek, żeby żyć musiał pracować. A teraz w tym nowym świecie zostanie sam otoczony inteligentnymi urządzeniami, robotami i algorytmami, które będą wiedziały o nim niemal wszystko, a jednocześnie bedzie pozbawiony tego, co zawsze było najważniejsze: bliskości drugiego człowieka, przyjaźni, miłości i poczucia bycia potrzebnym. Technologia może rozwiązać wiele problemów, ale nie zastąpi ludzkiej obecności.

Jest jednak pewna grupa zawodowa, której przyszłość w konfrontacji ze sztuczną inteligencją szczególnie mnie interesuje. To politycy.

Wyobraźmy sobie parlament, w którym zamiast 460 posłów zasiada jeden odpowiednio zaprogramowany system sztucznej inteligencji. Nie potrzebuje diet, kilometrówek, biur poselskich, samochodów służbowych ani kolejnych przywilejów. Nie musi zatrudniać kolegów, krewnych i znajomych. Nie tworzy stanowisk dla partyjnych działaczy. Nie uprawia nepotyzmu, nie załatwia interesów dla własnego środowiska i nie przyjmuje kopert pod stołem.Taka inteligencja nie potrzebowałaby również politycznej wojny. Nie musiałaby budować poparcia na nienawiści, pogardzie i nieustannym dzieleniu społeczeństwa. Nie obrażałaby przeciwników, nie szukałaby wrogów, żeby przykryć własne błędy. Nie musiałaby codziennie występować w telewizji, żeby udowadniać, jak bardzo jest niezastąpiona.

Mogłaby analizować tysiące projektów ustaw, porównywać skutki decyzji gospodarczych, sprawdzać wydatki publiczne i wskazywać rozwiązania korzystne dla państwa. Nie kierowałaby się sondażami, interesem partyjnym ani tym, czy dana decyzja przyniesie jej kolejną kadencję.

Oczywiście, sztuczna inteligencja również może popełniać błędy. Może być stronnicza, jeśli ktoś ją tak zaprogramuje. Dlatego potrzebowałaby publicznej kontroli, przejrzystych zasad i odpowiedzialności ludzi. Nie chodzi przecież o to, żeby oddać maszynie władzę nad człowiekiem, ale żeby wykorzystać jej możliwości do ograniczenia ludzkich słabości.

I tutaj dochodzimy do pewnego paradoksu. Boimy się, że sztuczna inteligencja odbierze ludziom pracę, ale może warto najpierw zastanowić się, czy nie powinna odebrać pracy tym, którzy od lat traktują państwo jak własny folwark.

Może więc Bill Gates powinien nieco zmodyfikować swoje prognozy. Zamiast zastanawiać się wyłącznie nad tym, ilu ludzi zastąpią roboty, warto zapytać, ilu polityków mogłaby zastąpić sztuczna inteligencja.

Bo jeśli sztuczna inteligencja potrafi uczyć się na błędach, to może najwyższy czas, żebyśmy przestali powierzać przyszłość państwa ludziom, którzy od lat nie potrafią wyciągać wniosków z własnych. A zobaczcie w sejmie i w każdej partii od lewej do prawej strony ile tam miernot utrzymywanych za nasze pieniądze.