Zabiegany i zapracowany Marcin Mamoń znalazł dla mnie chwilę, żeby porozmawiać o śmierci „polskiego dżihadysty”, nazywanego w mediach „Abu Khattab al-Polandi”. Wiele wskazuje na to, że ten pseudonim jest błędny. Nie do końca uprawnione jest też – na tym etapie – łączenie Abu Khattabiego z Polakiem, który poszukiwany jest przez Interpol m. in. za działalność w ISIS. Zdecydowanie więcej w tej sprawie jest niewiadomych niż rzeczy pewnych, a sama prokuratura i ABW też jeszcze niczego nie wiedzą na pewno. Nie zmienia to jednak tego, że chwilę z Marcinem porozmawialiśmy i trochę ciekawych informacji udało mi się od niego wyciągnąć, a przecież nie na co dzień jest okazja pogadać z facetem, który przez kilka miesięcy był więźniem Al-Kaidy i o „islamskich bojownikach” wie znacznie więcej niż kilku dyżurnych ekspertów.

Tekst możecie przeczytać poniżej, ale jeśli jesteście na poważnie zainteresowani tematem, to polecam nową książkę Marcina, pt.: „Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy”, która jest już do kupienia w księgarniach. Warto nie tylko dlatego, że jej autor to doświadczony reporter wojenny, który widział naprawdę wiele konfliktów w różnych częściach świata. Całości jeszcze nie przeczytałem, ale już po kilku godzinach widzę, że udało się Marcinowi pokazać znacznie szerszy kontekst wojny i konfliktu niż ten, który oglądamy na co dzień w mediach. A przecież warto patrzeć szerzej.

„Abu Khattab al-Polandi zginął w rejonie Aleppo” – taką informację podał serwis SITE, który zajmuje się m. in. monitorowaniem działalności dżihadystów. Wiadomość bardzo szybko zelektryzowała ekspertów i media w Polsce. Pojawiły się również spekulacje, że Abu Khattab al-Polandi może być poszukiwanym przez Interpol Jakubem Jakusem, 24-latkiem z Sandomierza, który jest podejrzewany o przystąpienie do Państwa Islamskiego

Jakub Jakus to Polak, który wg licznych relacji medialnych, miał przejść na islam jeszcze jako uczeń liceum. Po skończeniu szkoły prawdopodobnie wyjechał do Norwegii, gdzie zetknął się ze środowiskiem islamskich radykałów. W 2013 roku poinformował rodzinę, że chce zamieszkać Syrii. Kiedy wyjechał do ogarniętego wojną kraju, chętnie dzielił się informacjami o prowadzonych walkach na jednym z portali społecznościowych. Bardzo szybko zainteresował się nim Interpol, który aktualnie ściga go m. in. za członkostwo w organizacji terrorystycznej, nielegalne posiadanie broni palnej, kradzież dokumentu i podszywanie się pod inną osobę.

Czy mamy pewność, że Abu-Khattab al-Polandi to rzeczywiście Jakub Jakus? Na ile w ogóle wiarygodna jest informacja o śmierci polskiego dżihadysty? – Ja tego typu informacje uznaję za bardziej wiarygodnie wówczas, jeśli ta druga strona, jakkolwiek byśmy jej nie nazwali, taką informacje potwierdza. Więc nie jestem jeszcze do końca przekonany, że to jest prawda. Druga rzecz, która mnie w tej informacji zastanawia, to nie do końca zasadne łączenie poszukiwanego przez Interpol Jakuba Jakusa z informacją o śmierci Abu Khattab al-Polandi. Z tego, co pamiętam, Jakub Jakus używał innego pseudonimu. Dlatego kiedy usłyszałem, że zginął Abu Khattab pomyślałem o zupełnie innym człowieku, który w Polsce mieszkał, ale nie był polskiej narodowości, choć też był związany z Państwem Islamskim. Po trzecie wreszcie, dziwne jest  samo sformułowanie „al-Polandi”, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałem – mówi Marcin Mamoń, autor książki „Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy”, reporter wojenny i znakomity specjalista ds. Bliskiego Wschodu, w przeszłości także działacz opozycji antykomunistycznej.

Bardzo szybko pojawiły się w mediach sugestie, że tego typu informacje mogą być próbą wciągnięcia Polski w konflikt w Syrii, choć przecież na wielu płaszczyznach i tak jesteśmy jego częścią. Czy faktycznie można myśleć, że ISIS lub rosyjska agentura prowadzą jakąś grę, która ma wciągnąć Polskę w pułapkę? – Od dłuższego czasu powtarzam, że Polska nie jest istotnym krajem dla Państwa Islamskiego. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że jest krajem zupełnie niezagrożonym. Jeśli jednak założymy tezę, do której ja się w jakiejś mierze przychylam, że Państwo Islamskie powstało za wiedzą Damaszku, a więc i Moskwy, to mówiąc wprost w takiej układance grę prowadzi Rosja. I to, zwłaszcza w kontekście obecności wojsk amerykańskich w Polsce, ma sens. Można tak poinformować świat, że Polska uczestniczy w grze, która toczy się na Bliskim Wschodzie – mówi Marcin Mamoń.

W swojej najnowszej książce polski reporter wojenny, który w 2015 roku był porwany i przetrzymywany przez bojowników Al-Kaidy, wspomina o dezerterach z Państwa Islamskiego, którzy zrezygnowali ze swojej walki. Miało się stać tak wówczas, kiedy niektórzy z dżihadystów zorientowali się, że ich ideały i ich religia są wykorzystywane instrumentalnie przez znacznie potężniejszych mocodawców od ISIS. Czy to sygnał, że w konflikcie, który często przedstawiany jest jako „wojna cywilizacji” często chodzi o coś znacznie bardziej prozaicznego? W moim przekonaniu, jeśli kiedykolwiek dojdzie w Polsce do zamachu terrorystycznego, tak jak doszło do nich w Paryżu, Londynie, Berlinie czy Madrycie, to ja uważam, że zleceniodawcą może być Rosja. A to, że odpowiedzialność weźmie na siebie Państwo Islamskie, czy jakakolwiek inna organizacja, będzie świadczyło jedynie o podwykonawstwie – komentuje autor „Wojny braci”.

Czy jest więc się czego obawiać po tego typu doniesieniach, jak informacja o rzekomej, niepotwierdzonej jeszcze do końca śmierci „polskiego dżihadysty”? Czy może trzeba tego typu informacje traktować jako „wrzutki” w grze prowadzonej przez wywiady i służby? Jeśli tak, to czy stanowią zapowiedź czegoś o szerszym zasięgu? Jak ocenia to człowiek, który zna świat islamskich bojowników od podszewki? – Nie znam oczywiście precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie, bo nikt z nas nie zna przyszłości. Mogę powiedzieć tylko jedno, to co usłyszałem to od człowieka, który powiedział mi, że jestem porwany przez jedno ze skrzydeł Al-Kaidy. Kiedy zapytałem go o to, co wie o Polsce, powiedział, że zna mój kraj tylko z mapy pogody. A był to człowiek, który mówił doskonale po angielsku, mógł więc wiedzieć coś więcej, bo – z dużym prawdopodobieństwem – przebywał w Wielkiej Brytanii. I to jest moja odpowiedź. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że dla tzw. „islamskich bojowników” – czyli być może tylko dla podwykonawców zamachów – jesteśmy krajem nieistotnym i anonimowym. Przynajmniej do czasu, kiedy nie dostaną zlecenia w Polsce – podkreśl reporter wojenny, który był przez kilka miesięcy był więźniem Al-Kaidy.

Autor: Artur Ceyrowski
Dziennikarz, publicysta i bloger.

Wywiad pierwotnie opublikowano na portalu Stefczyk.info