To, co dziś dociera do mnie z polskiej debaty publicznej, nie jest tylko dowodem chaosu informacyjnego. To sygnał głębszego problemu: dramatycznego niezrozumienia świata, mechanizmów władzy i realiów polityki międzynarodowej. Najlepszym przykładem jest narodowa kłótnia o Donalda Trumpa. O to, czy jest on bohaterem, agentem Rosji, zbawcą Zachodu czy zagrożeniem dla demokracji. Spór ten sam w sobie jest groteskowy, bo Trump, podobnie jak wcześniej Biden, jest prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki, a nie Polski. Nie startował w polskich wyborach, nie odpowiada przed polskim elektoratem i nie realizuje polskich interesów. A mimo to polska klasa polityczna, media i wyborcy zachowują się tak, jakby jego zwycięstwo lub porażka było wydarzeniem wewnętrznym, niemal egzystencjalnym.
Gdy jedni politycy oskarżają Trumpa o bycie rosyjskim agentem, inni w Sejmie, który z definicji powinien być świątynią polskiego prawodawstwa, biją brawo i skandują na cześć przywódcy obcego państwa. To nie jest już zwykła infantylność polityczna. To jest coś znacznie poważniejszego. To objaw zbiorowego szaleństwa w sensie medycznym, w którym emocje, plemienność i medialne kalki zastępują rozum i elementarną analizę interesów. Społeczeństwo nie chce się uczyć, bo nauka wymaga wysiłku i konfrontacji z nieprzyjemnymi faktami. Zamiast tego wybiera proste narracje podsuwane przez media, emocjonalne skróty i poczucie moralnej wyższości, które nic nie kosztuje, a dobrze się sprzedaje.
Aby zrozumieć, jak działa świat, wcale nie trzeba studiować tomów historii, politologii czy geopolityki. Czasem wystarczy uważnie obejrzeć popularny program typu „Pawn Stars”. Ludzie przynoszą tam przedmioty po swoich przodkach, często dodając, że dziadek przywiózł je z Francji, Niemiec albo szeroko pojętej Europy, gdzie walczył podczas II wojny światowej. W rękach prywatnych w Stanach Zjednoczonych znajduje się dziś więcej zabytkowych japońskich mieczy samurajskich niż w całej Japonii. To nie jest efekt fascynacji kulturą, lecz konsekwencja globalnych konfliktów i przesunięć siły.
Szczególnie utkwiły mi w pamięci dwa artefakty: polska szabla husarska oraz Order Virtuti Militari z dwugłowym rosyjskim orłem. Warto zadać sobie proste pytanie: czy małorolny chłop z XIX wieku wywiózł takie przedmioty do USA, aby zapewnić sobie lepszy start? Oczywiście, że nie. Zrobili to amerykańscy żołnierze, którzy zrabowali domy niemieckich żołnierzy, a ci wcześniej zrabowali polskie domy. Ten banalny łańcuch grabieży mówi o świecie więcej niż setki akademickich wykładów. Światem rządziła, rządzi i będzie rządzić siła oraz sprawczość. Moralność pojawia się zwykle dopiero wtedy, gdy zwycięzca pisze historię.
Dlatego operacja Stanów Zjednoczonych w Wenezueli, zakończona schwytaniem Nicolása Maduro i jego przewiezieniem do USA, nie powinna nikogo naprawdę zaskakiwać. Był to ruch va banque, rozegrany w westernowym stylu, w którym stawką był autorytet Ameryki jako hegemona w swojej strefie wpływów. Przeciwnicy Trumpa mówią dziś o porwaniu głowy państwa, celowo pomijając fakt, że wybory Maduro od lat nie były uznawane przez większość świata zachodniego, a jego reżim funkcjonował dzięki wsparciu Rosji, Chin, Iranu i Kuby. Moralne oburzenie pojawia się zawsze po fakcie i zawsze selektywnie.
Europa w tym czasie tradycyjnie demonstruje poczucie moralnej wyższości, często całkowicie oderwane od realnych działań. Polski premier próbuje publicznie pouczać i prowokować Trumpa, podczas gdy w tym samym czasie samoloty brytyjskie i francuskie bombardują terytorium Syrii, formalnie nie naruszając własnego sumienia, bo robią to w imię stabilizacji. To klasyczna hipokryzja starego kontynentu, który uwielbia mówić o wartościach, ale równie chętnie sięga po siłę, gdy wymaga tego interes.
Jestem więcej niż przekonany, że Trump będzie dążył do normalizacji stosunków z Wenezuelą w oparciu o ludzi obecnego reżimu. Ten model sprawdza się najlepiej, bo minimalizuje koszty, nie wymaga rozliczeń i pozwala uniknąć wojny domowej. Dokładnie tak samo wyglądała transformacja w Polsce po 1989 roku. To Stany Zjednoczone pozwoliły ekipie generała Jaruzelskiego miękko wylądować, zachować wpływy i uniknąć odpowiedzialności. Przewerbowano służby, wciągnięto młodsze pokolenie polityków i przeprowadzono bezkrwawą rewolucję, w której wygrali formalni przegrani. W Wenezueli może wydarzyć się to samo, chyba że proces wymknie się spod kontroli i ponownie zdecyduje brutalna siła.
Jedno jest pewne: świat wrócił na stare tory. Interesy państw i narodów liczą się dziś bardziej niż fasadowa demokracja, a instytucje międzynarodowe tracą realną sprawczość. Zbliżamy się do globalnego konfliktu, po którym wyłoni się nowy ład, nowe instytucje i nowy hegemon. Amerykanie już dali sygnał, cofając się na własny obszar i mówiąc reszcie świata wprost: róbcie, co chcecie, ale nie u nas.
W tej sytuacji Polacy zamiast powtarzać idiotyzmy z mediów i obrzucać się błotem powinni przygotowywać się na nowe rozdanie, z nowymi kartami i według nowych reguł. Niestety, nie widzę ani chęci, ani intelektualnych możliwości, by taki wysiłek został podjęty na masową skalę. Być może znów nadchodzi czas jednostek zdolnych odwracać bieg historii. Zobaczymy.
Zostaw komentarz