Bywa, że polityczna hipokryzja przestaje być tylko irytująca, a zaczyna być zwyczajnie groźna. Jednym z nich jest sytuacja, w której Polska, kraj z własnymi zasobami, własnym przemysłem i własnym potencjałem energetycznym- płaci miliardy za import prądu, słysząc jednocześnie, że „tak musi być”, bo „rynek”, bo „klimat”, bo „Europa”.
Oficjalna narracja brzmi uspokajająco: import energii to normalny element wspólnego rynku UE. W praktyce oznacza to jednak jedno- uzależnienie. Uzależnienie od państw, które robią dokładnie to, czego Polsce robić nie wolno.
Spójrzmy na Niemcy. Kraj, który z dumą zamknął elektrownie atomowe, by następnie na potęgę spalać węgiel brunatny. Kraj, który wysiedla ludzi, burzy wsie i wycina połacie lasów, by utrzymać swoje odkrywki. Kraj, który w imię „zielonej transformacji” produkuje jedne z najwyższych emisji w Europie i nie ma z tym żadnego problemu. Bo to „przejściowe”. Bo to „konieczne”.
Ale gdy Polska mówi o własnym węglu, własnym gazie, własnym bezpieczeństwie energetycznym – wtedy nagle zaczyna się koncert oburzenia. Rezolucje, procedury, Trybunały, „naruszenia praworządności”, „ochrona środowiska”. Te same argumenty, które w Berlinie cudownie przestają obowiązywać.
Efekt? Polska kupuje prąd z zagranicy. Czasem z Niemiec. Czasem drożej, czasem taniej, ale zawsze na cudzych warunkach. I nie, to nie jest jednorazowa decyzja jednego polityka, tylko konsekwencja wieloletniego rozbrajania polskiej energetyki: blokowania inwestycji, zamrażania projektów, straszenia własnego przemysłu unijnymi sankcjami.
Najbardziej cyniczne w tej historii jest to, że ten sam obóz polityczny, który dziś opowiada o „brakach mocy” i „konieczności importu”, jeszcze wczoraj z zapałem powtarzał niemieckie slogany o końcu węgla, o tym, że „nie opłaca się inwestować”, że „to relikt przeszłości”. Dziś rachunki przychodzą do zapłacenia. Dosłownie.
A kiedy ktoś ma czelność zapytać: dlaczego Niemcom wolno, a Polsce nie? – słyszy, że to „populizm”, „nacjonalizm” albo „antyeuropejskość”.
Nie. To nie jest antyeuropejskość.
To jest pytanie o suwerenność.
Bo Europa wspólna tylko wtedy ma sens, gdy zasady obowiązują wszystkich. Jeśli jeden kraj może truć, kopać i palić „bo musi”, a drugi ma się zamknąć i płacić,to nie jest wspólnota. To jest system zależności.
Największym skandalem nie jest więc sam import prądu. Skandalem jest to, że wmówiono Polakom, iż to normalne, że kraj z zasobami i potencjałem ma być klientem, a nie producentem. Że bezpieczeństwo energetyczne to „przeżytek”, a suwerenność to „nieeuropejskie pojęcie”.
Nie da się budować silnego państwa na cudzym kablu energetycznym. I dlatego mamy najdroższy prąd w Europie.
Nie da się prowadzić poważnej polityki, słuchając morałów tych, którzy sami ich nie przestrzegają.
I nie da się udawać, że to wszystko jest przypadkiem.
To nie jest przypadek.
To jest rachunek za lata uległości. A rachunki – jak wiemy zawsze płaci obywatel.
Zostaw komentarz