Już w mającej ponad 235 lat konstytucji 3 Maja przewidziano konieczność zmiany ustawy zasadniczej Królestwa Polskiego raz na pokolenie. Tymczasem od uchwalenia obecnej mija już 31 lat.

Ale nie tylko o upływ czasu chodzi. Przecież wydarzenie z lat 2015-2026 dowodzą niezbicie, że obecna, zwana często „konstytucją Kwaśniewskiego”, jest niedostosowana do wyzwań, jakie niesie ze sobą demokracja.

Popatrzmy tylko na osławiony art. 10.

  1. Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.
  2. Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały.

Ale praktyka rządowo-parlamentarna państw demokratycznych od stulecia co najmniej wykazuje, że to fikcja. Bo o ile jeszcze separacja władzy sądowniczej od dwóch pozostałych jest oczywista, to jednak w przypadku egzekutywy i legislatury takiego podziału nie da się dokonać.

Oczywiście próby wywiedzenia, że jest inaczej niż widzimy nie ustają. Ot, choćby taka, że Sejm może uchwalić ustawę, rząd zaś nie.

To jednak nie tylko moim zdaniem są didaskalia. Tak naprawdę bowiem istotne jest, że poszczególni ministrowie i premier zasiadają jednocześnie w Sejmie jako posłowie z prawem głosu; co więcej wyłaniani są przez tzw. większość sejmową, zatem należy mówić raczej o swoistym zblatowaniu dwóch rzekomo równorzędnych władz.

Jak pamiętamy w czasach Monteskiusza nie istniały jeszcze partie polityczne.

Kolejny, omijany przez rzekomo sięgających podstaw prawa dyskutantów, to art. 4 Konstytucji.

  1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.
  2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Poza nielicznymi teoretykami prawa doktryna (nauka prawa inaczej) jest zgodna, że przedstawicielami Narodu są tylko posłowie i senatorowie. Ci nieliczni doliczają jeszcze Prezydenta. Natomiast wszyscy są zgodni co do jednego – nie ma mowy o sędziach w tym kontekście.

To rodzi określone konsekwencje. Oczywiście mamy do czynienia z trójpodziałem władz z art. 10 zakładającym równowagę pomiędzy Sejmem i Senatem a rządem i Prezydentem z drugiej plus trzeci niezależny człon jakim jest władza sędziowska.

Ale patrząc na powyższe poprzez pryzmat art. 4 taki podział wydaje się cokolwiek idiotyczny.

Skoro Naród sprawuje władzę zwierzchnią nad innymi władzami i może ją sprawować również poprzez swoich przedstawicieli (posłów i senatorów) to zamiast trójpodziału mamy wyraźnie zarysowanego lidera.

Dlatego mówienie o rzekomo konstytucyjnej zasadzie, jaką jest wybieranie sędziów do KRS przez innych sędziów to bzdura.

Albo wybierać ich należy w wyborach powszechnych (wtedy mamy do czynienia z władzą Narodu sprawowaną bezpośrednio) albo też przez Sejm (władza Narodu sprawowana jest przez Jego przedstawicieli).

Powołanie przez Prezydenta dr Karola Nawrockiego Rady Nowej Konstytucji dało powód do szeregu mniej lub bardziej agresywnych wystąpień tzw. autorytetów prawnych.

Najzabawniejszy spośród nich prof. Zoll ongiś zwany przez studentów Celnikiem wali wprost:

– Nie konstytucję trzeba zmieniać, tylko prezydent powinien zastanowić się, czy jego działania są zgodne z obowiązującą konstytucją, czy tę konstytucję łamią.

Jednocześnie optuje za wyborem Prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe. Tak samo, jak ongiś już po rzekomym upadku socjalizmu doszło do wyboru czerwonego bandyty Jaruzelskiego.

Nie ma zgody na taką Konstytucję. Za wiele rozwiązań gwarantujących nam jakieś prawa w istocie odsyła do rozwiązań ustawowych.

Ale jeśli to można zrozumieć, nie da się bowiem uwzględnić w jednym akcie prawnym tak wiele różnych okoliczności, to przecież pewne pryncypia powinny być jaśniej wyrażane.

Przede wszystkim art. 10 powinien ulec modyfikacji adekwatnej do stanu faktycznego.

Nie sposób wyobrazić sobie zmiany art. 4.  Naród bowiem jest suwerenem, aczkolwiek pojawiają się prawnicy (nieliczni na szczęście) gotowi to kwestionować.

Dopowiedziane muszą być także pewne instytucje, jak małżeństwo, w sposób wykluczający inną interpretację niż ta, która przyświecała twórcom Konstytucji.

Poza tym Prezydent, jako jedyny wybierany przez wszystkich Polaków musi zostać w sposób wyraźny przedstawicielem Narodu a nie, jak do tej pory, Państwa.

To pociąga za sobą konieczność zwiększenia jego roli kosztem rządu. A zatem ustrój musi się zmienić na taki bardziej francuski – prezydencki zamiast niewydolnego parlamentarno-gabinetowego.

Żałosne pitolenie premiera obarczającego Prezydenta winą za rzekome uniemożliwienia rządzenia za pomocą wetowania niektórych ustaw musi się skończyć.

Trzeba wreszcie uświadomić sobie, że żyjemy w ciekawych czasach. Z jednej strony agresywna Rosja, z drugiej zaś rosnące zagrożenie islamskie, mogące jeszcze za naszego życia zmienić układ sił w Europie.

Nie mamy czasu na parlamentarne przepychanki i rozwodnienie odpowiedzialności.

Polska ma szansę na wybicie się na całkowitą niepodległość. Niemcy za chwilę mogą przestać istnieć, na wschodzie zaś Rosja pokazuje faktyczną słabość na Ukrainie.

Bez Niemiec UE nie przetrwa. Zresztą Francja i Benelux mają ten sam „gen zagłady”. Jeśli nie zrozumiemy, że w przeciągu góra pokolenia (20-25 lat) staniemy się krajem broniącym chrześcijaństwa od… zachodu, czeka nas podobny los.

Tymczasem serwowana jest nam „konstytucja taka, jak ją rozumiemy”. W czym sekunduje prof. Troll, pardon, Zoll.

To niestety jest tylko fragmentem większego zjawiska, jakim jest wszechogarniająca prostytucja autorytetów.

Wszystko zaś w imię jednej idei – prawicy do władzy nigdy nie dopuścisz.

Nawet za cenę utraty Polski i Europy.

Lewica od czasów Lenina lubowała się w określaniu swoich ideologicznych przeciwników mianem głuchoniemych ślepców.

Rzekomo aż tak mieli być odklejeni od nieuchronnego rozwoju dziejów wg Marksa.

Dzisiaj, choć nie brak ostrzeżeń (o Orianie Fallaci pamiętajmy przede wszystkim), zasługują na to, by ich właśnie tak określać.

5.05 2026