Wejście na ulicę Fredry od Starego Targu jest w jakimś sensie mroczne. Jakby się wchodziło w ciemny zaułek. Taki bez wyjścia zupełnie. Ale to skrót, więc wielu decyduje się jednak na przejście tych 50 metrów, żeby zaoszczędzić na czasie. Za plecami słychać gwar dobiegający znad stoisk z owocami i warzywami po zawyżonych cenach, a w południe dodatkowo z Rynku, na którym rozbrzmiewa hejnał, słów do którego lepiej nie analizować na trzeźwo. Świadom licznych zagrożeń wszedłem jednak po raz kolejny w tę uliczkę.

– Jesteś pan wreszcie – wyskoczył z nienacka z Baru Skoczek mały krępy człowieczek ubrany w czarną skórzaną kurtkę. – Jesteś – powtórzył wyraźnie zadowolony z mojej obecności. – Opowiadałem o tobie mieszkańcom baru, że jesteś podobno pisarzem i że nas też możesz opisać.

– Chętnie to zrobię, bo lubię i chyba umiem pisać, a pisanie jest dla mnie rodzajem autoterapii. Leczę sam siebie pisząc i ciesząc się z tego, że inni czytają.

– O nie nie, kochaniutki, nas opisywać nie wolno, nawet jeśli pisać by o nas w samych superlatywach. My tworzymy tutaj właśnie krąg ludzi nieopisanych. Nieopisanych – powtórzył. Opisałeś pan kiedyś ludzi z Baru Kurczak, prawda?

– Prawda, potwierdziłem.

– A potem z Cieszyńskiej Wenecji? – prawda? – zapytał mały człowieczek dogaszając kiepa lewą nogą.

– Owszem – odrzekłem.

– No i tak się dziwnie składa, że obydwa bary już w zasadzie nie istnieją, a już na pewno nie ze starą ekipą. Przypadek? Nie sądzę. Obydwa tak się przetransformowały, że pamięć po ich korzeniach, tak zwanych starych dobrych czasach zaginęła. Owszem obydwa istnieją, ale to już nie są te same bary, w których piło się Brackie po 2,80 zł za duży kufel i zastanawiało dlaczego tam jest tak tanio w tak znakomitym towarzystwie. – My tu nie chcemy zmian. Bar Skoczek przeskoczy te wszystkie transformacje i będzie jaki był kiedyś – gwarantuję to panu. Dlatego nie chcemy być przez pana opisywani. Bo od razu zlecą się obcy, żeby nas obserwować, a my sobie tego nie życzymy.

– A mogę wejść i usiąść po lewej stronie? – zapytałem nieśmiało.

– Widzę, że pamiętasz z naszej ostatniej konwersacji gdzie jest miejsce dla nietutejszych. To dobrze, uczysz się pan pokory. – powiedział mały człowieczek – ale pamiętaj pan, można patrzeć ale nie można myśleć o tym patrzeniu. Znaczy chodzi o to, żeby te obrazy w pana głowie nie konwertowały w jakieś choćby namiastki opowieści, które pan potem gdzieś opublikuje.

– To znaczy, że mam przestać myśleć? – zapytałem.

– Och tak, nawet nie wie pan jakie to błogie uczucie. Nicniemyślenie jest super. Ja kiedyś sporo myślałem, nawet miałem iść do technikum gastronomicznego, a potem może na studia, ale na szczęście rodzina wybiła mi to z głowy. Myślenie męczy i stwarza problemy. Tak się wytrenowałem – wie pan – w niemyśleniu, że od pewnego czasu zastanawiam się czy ja w ogóle jestem. Jak się bowiem zresetowałem spektakularnie.

– A gdybym tak pochlebnie i miło o Skoczku napisał, to mógłbym wówczas skorzystać z myślenia? – zapytałem.

– Pochlebnie i miło? – zatrząsnął się nerwowo mały człowieczek – żeby nam tu nagle zwaliło się sto wycieczek jakichś lanserów i tripadwajzerów z Warszawy i zamienili nasz bar w plan filmowy. Nie ma mowy! – Nie pisz pan o nas ani dobrze, ani źle. Jedno i drugie przyciąga jutuberów, instagramerów i innych pato-.

– OK, rozumiem, chcecie za każdą cenę zachować swoją tożsamość przerażeni zagładą, jaka spotkała klientelę Kurczaka, Wenecji, Zduna, a ostatnio także Zamkowej? – prawda – zapytałem.

– Inteligentny pan jesteś. Dokładnie tak, my bronimy się tutaj przed nowoczesnością, globalizacją, ociepleniem klimatu, oziębieniem klimatu, nadmiernym wzrostem praw cyklistów… – powiedział mały człowieczek wskazując na starszą kobietę zasiadającą w rogu baru po prawej stronie. – Ona ci to lepiej uświadomi – powiedział szeptem.

Starsza kobieta siedząca w najbardziej zaciemnionej części baru, po prawej jego stronie, miała na głowie staromodny kapelusz z welonką i na ramieniu trzymała szczura o srebrzystym futrze. Powoli wyłaniała się z zaciemnionego rogu, by po jakimś czasie dosiąść się do mnie.

– Chciałabym pana skutecznie zniechęcić do zburzenia naszego tutejszego świata tylko po to, że ma pan nieodpartą potrzebę opisywania innych ludzi i ich życia. Ja pana doskonale rozumiem, albowiem też kiedyś byłam taka jak pan. Opisywałam innych, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że to jest rodzaj ucieczki przed samą sobą. Tym sposobem uciekałam przed samą sobą, przed prawdą o sobie. – powiedziała zachrypniętym głosem kobieta w kapeluszu.

– Czyli co ja mam robić znaczy? – zapytałem.

– Niech pan przede wszystkim wyzbędzie się tego napięcia poznawczego, że niby jak gdzieś pan jesteś po raz pierwszy, to musisz od razu to opisać. Że jak się jakieś jajo myślowo w pańskiej głowie urodzi, to trzeba od razu je wstawić na Instagrama. No nie – życie prawdziwe, takie normalne, które my tu jeszcze na Fredry przechowujemy w zamysłach serc naszych, polega na tym, że nie tylko się nie śpieszysz, ale pozwalasz nieść się chwili, która cię wewnętrznie udoskonala, a która tylko pozornie pojawiła się znikąd.

– Pozwoli pani, że dopytam… – opowiedziałem nieco spłoszony, gdy wtem owa dama siedziała już ze swoim srebrnym szczurem na moich kolanach.

– Albo nas pokochasz teraz. Albo stąd nie wyjdziesz nigdy. – Syknęła złowieszczo, tok po żmijowemu. Mnie zmroziło do reszty. Pierwszy raz od nocnego ataku młodocianych Cyganów w Tirgu Mureş w Rumuni, poczułem że jestem o krok od śmierci. Kobieta tymczasem mocno zacisnęła swoje uda wokół moich lędźwi, tak, że trudno było mi złapać oddech. Jej oddech był tymczasem wyjątkowo nieświeży. Pity od rana alkohol z jednej strony ośmielał do takich akcji, z drugiej czynił och ofiary zupełnie biernymi.

– Pokocham, pokocham – zdążyłem wydusić z siebie. Pokocham gdyż mam w sobie wielkie pokłady miłości, niewyczerpane całkowicie, więc mogę nimi szastać jak szejk arabski ropą naftową. Mogę was was wszystkich tutaj pokochać bez zobowiązań. Miłością impulsywną i lubiącą przygodę.

Kobieta w kapeluszu ostatecznie zeszła ze mnie i dzięki temu mogłem dopić zamówione piwo, na które mnie nie stać. Odeszła w stronę zacienionego kąta po prawej stronie baru. W drugiej części baru, za drzwiami trwał mecz w lotki, w strzelanie do tarczy. Miejscowi lekko podpici mężczyźni udawali tym sposobem sportsmenów. Po jakimś czasie udało mi się uwolnić i wyjść z baru Skoczek, będąc lekko oszołomionym.

– Pamiętaj pan tylko o tym, do czegoś się pan zobowiązał. Mamy zdjęcia kompromitujące pana w razie czego. – powiedział mały człowieczek w skórzanej czarnej kurtce.

Wracając do domu, miałem poczucie, że chyba niepotrzebnie wszedłem w tę ulicę. Że tam są ludzie, którzy w odróżnieniu od Parku Pokoju, nie pragną mojego szczęścia.