Jak czytam wypowiedzi międzynarodowych ekspertów od polityki zagranicznej i obronnej, to widać naprawdę mocno i wyraźnie, że systematyczny brak zaproszeń dla przedstawicieli Polski do rozmów w sprawie ukraińskiej został zauważony i jest pewnego rodzaju zaskoczeniem. Zauważany jest też fakt, że oficjalnie Polska nie znalazła się wśród krajów, którym ukraiński prezydent Zelenski przekazał tajne aneksy do swojego „planu zwycięstwa”.

U nas, jeśli chodzi o tzw. główny nurt dziennikarstwa, to jak dotąd jedynie Witold Jurasz pozwilił sobie napisać wprost, że „Polska wypadła z gry dyplomatycznej” o nowy kształ Europy po wojnie na Ukrainie. Reszta mediów milczy w tej sprawie.

Tymczasem nie tylko przedstawiciele „tej okropnej” prawicy mówią wprost, że wydaje się, że mamy do czynienia z czymś, co niepokojąco przypomina powtórkę z tzw. Układu Monachijskiego z 1938 i nie tylko prawica dostrzega, że interes naszego regionu jest tu strukturalnie pomijany, że Europa Środkowo-Wschodnia została potraktowana tak, jakbyśmy utknęli w 1989 r. i po ćwierć wieku w NATO i Unii Europejskiej byli wciąż na kompletnym marginesie.

Moim zdaniem mamy tutaj wielki problem. Sęk bowiem w tym, że z powodu wewnętrznych rozgrywek politycznych między PO a PiS, nasza klasa polityczna jest niezdolna do dyskusji o tym na poziomie polityki narodowej, do wykształcenia mechanizmów i instytucji analitycznych, które działałyby tu w interesie naszego państwa a nie jedynie w interesie tej czy innej partii politycznej.

Tymczasem sytuacja pokazała nam naocznie, że to nie „ten okropny” PiS był powodem marginalizowania Polski wszędzie tam, gdzie rząd Zjednoczonej Prawicy próbował realizaować nasz interes narodowy, ale że raczej istnieją obiektywne przyczyny, dla których instytucje kolektywnego Zachodu nie chcą uznać podmiotowości krajów Europy Środkowo-Wschodniej a z minumim przyzwoitości spotykamy się wyłącznie wówczas, kiedy nasze polityki są w całości podporządkowane interesowi USA i krajów „Starej Unii”. Jednym słowem – nie jesteśmy przez naszych zachodnich partnerów traktowani jako podmiot, ale jak przedmiot polityki, co niegdyś nazywało się się statusem wasalnym.

Takie rozpoznanie powinno – niezależnie od orientacji politycznej – prowadzić do działań zmierzających do zmiany tak pośledniego statusu. To nie jest oczekiwanie „horrendalne”, ale wyrażające elementarne zrozumienie racji stanu!

Jednak w naszym przypadku problem polega na tym, że właśnie rozpoznanie takiej sytuacji jest wbrew interesowi politycznemu głównej części formacji rządzącej, która zbudowała swoją pozycję polityczną właśnie na legendzie, że kiedy ona rządzi, to jesteśmy „w głównym nurcie europejskiej polityki jako jej równoprawny uczestnik, którego interesy są szanowane i uwzględniane”.

Zatem problem polega na wyparciu realiów politycznych na rzecz mitu „europejskości”.

Jest to sytuacja skrajnie niebezpieczna, która może doprowadzić do absolutnie fatalnych dla naszego kraju konsekwencji!

Jeśli bowiem oprzemy naszą politykę i nasze struktury decyzyjne na iluzji jedności interesów z partnerami z Zachodu, to zapłacimy ogromną cenę – można wówczas jedynie dyskutować jak dużą.

Jednak naszym nieszczęściem jest to, że obecnie rządząca formacja reprezentuje sporą część społeczeństwa – w tym tzw. elit opiniotwórczych – która zauroczona językiem „uniwersalnych wartości” również stale i systematycznie wypiera realia twardej polityki ze świadomości. Ta część społeczeństwa po prostu neguje samą możliwość istnienie fundamentalnych różnic interesu w obrębie państw „liberalnej demokracji” i redukuje całą politykę do wąskiego obszaru spraw światopoglądowych i prawnoczłowieczych. Cała reszta, to są dla niej mało istotne „technikalia”.

W tym sensie, ta część społeczeństwa i elit opiniotwórczych jest zasadniczo podobna do fundamentalistów religijnych, którzy – jak niegdyś Henryk Goryszewski – uważają, że „nieważne czy biedna, czy bogata – ważne, żeby Polska była katolicka”. To jest dokładnie ta sama mentalność: „nieważne, czy suwerenna czy nie – ważne, żeby w Polsce respektowano prawa gejów i imigrantów”.

Pojawia się zatem zadanie dla naszych środowisk propaństwowych:

Wprowadznie na ponadpartyjną agendę zagadnienia marginalizowania Polski, a właściwie interesów całego regionu, przez tzw. „kolektywny Zachód”, który po prostu nie chce uznać naszej podmiotowości.

Aby wprowadzenie tego zagdanienia było możliwe, trzeba jakoś je wyjąć z bieżącej „nawalanki”, trzeba przestać używać tego jako „młota” na Tuska i Sikorskiego (chociaż aż ręka świeżbi) i zdobyć się na opisanie tego w języku przekraczającym kwestie doraźne.

W normalnym kraju taką rolę spełniają środowiska akademickie. Jednak w Polsce NIE MAMY normalnych środowisk akademickich, ale mamy do czynienia z plagą „akademickich aktywistów”, których cała kariera jest oparta na grantach z zewnętrznych źródeł finansowania. Jest tak, gdyż od bardzo dawna nasze państwo wypadło z roli zaplecza finansowego nauki i jest w stanie jedynie przysłowiową „kroplówką” podtrzymywać mizerne trwanie instytucji akademickich. Mówiąc wprost – „prawdziwe” życie w polskiej nauce jest jedynie tam, gdzie są lukratywne granty z zagranicy, a przez „zagranicę” rozumiem tu również instytucje Unii Europejskiej. Dlatego bardzo trudno jest u nas mówić o niezależności środowisk eksperckich. Każdy „orze jak może” i w ten czy inny sposób jest na pasku takich czy innych sponsorów.

Dlatego jestem tu pesymistą.

Może okazać się, że w kluczowym dla przyszłości Europy momencie państwo polskie okaże się niezdolne do działania w interesie naszej racji stanu, a będzie realizować wąsko rozumiany interes partyjny formacji liberalno-lewicowych poprzez „zagłaskiwanie” w/w problemu.

Może okazać się, że nasze środowiska narodowe-patriotyczne będą bardziej zainteresowane „waleniem” w Tuska i Sikorskiego, niż wypracowaniem jakiejś ponadpartyjnej formuły, która pozwoliłaby formacji rządzącej na większą asertywność na arenie międzynarodowej.

W jakimś stopniu szkoda, że prezydent Duda wygłosił swoje orędzie jeszcze przed zasitniałą sytuacją. Wiem, że skorzystał z rocznicowej okazji, ale gdyby poczekał kilka dni – mógłby skorzystać z bardzo jaskrawego przykładu. Teraz ośrodkowi prezydenckiemu będzie trudniej wystąpić w charakterze mediatora a zbliżająca się kampania prezydencka nie pomoże w wypracowaniu konstruktywnych kanałów komunikacji między rządem a opozycją.

Tymczasem – skrajna polarazycja polityczna w Polsce sprzyja rozgrywaniu naszego kraju na arenie międzynarodowej. Sprzyja temu również absurdalne oskarżanie się wzajemne o „prorosyjskość”, kiedy każdy w miarę ogarnięty analityk polityczny w Polsce zdaje sobie sprawę, że u nas tak naprawdę nie ma formacji prorosyjskich, ale wyraźne różnice rysują się wyłącznie w zakresie stosunków z Niemcami. I niestety – jedna ze stron konfliktu politycznego w Polsce bardzo nie chce przyznać, że to właśnie Niemcy zawsze w mniejszym lub większym stopniu były i są w Europie „proxy” rosyjskiego interesu politycznego.

Kolejny ekspert – bynajmniej żaden przyjaciel prawicy.

Jest aż uderzające, że na temat potwarzy jaka spotkała polską dyplomację milczą u nas kompletnie i strona rządowa i przychylni jej „eksperci” i komentatorzy.

Zapewne w eszelonach Kancelarii Premiera i w pałacyku MSZ na Klonowej szykują już założenia propagandowej „damage control”.

Przypominam, że od miesięcy zapowiadałem powtórzenie sytuacji z Mińska, kiedy min. Sikorski przekonywał, że może i lepiej, że Polska nie została do rozmów zaproszona, bo tylko byśmy przeszkadzali…

Były prezydent Estonii napisał, że to osobiście kanclerz Scholz zablokował udział Polski w rozmowach na temat Ukrainy.

Na koniec takie tam, jeśli chodzi o to, o co chodzi w tych negocjacjach pokojowych: