Nie mam wątpliwości, że Maduro był dyktatorem i że jego rządy doprowadziły Wenezuelę do katastrofy. To fakt. Ale dzisiejsze działania USA warto analizować nie tylko przez pryzmat osoby Maduro, tylko przez logikę, która za nimi stoi.
Stany Zjednoczone sięgnęły po siłę nie dlatego, że zostały bezpośrednio zaatakowane, lecz dlatego, że Wenezuela znajduje się w obszarze, który Waszyngton postrzega jako swoją strefę wpływów (a tak było już w dawnych czasach kiedy myśmy tez byli czyjąś strefa wpływów).
Można to uznać za skuteczne, można nawet za pragmatyczne — ale dla krajów takich jak Polska to nie jest neutralny precedens.
Jeśli bowiem porządek międzynarodowy zaczyna się opierać na zasadzie „kto silniejszy, ten decyduje w swojej strefie”, to państwa średnie i mniejsze — nawet dobrze zorganizowane i lojalne wobec sojuszy — stają się strukturalnie bardziej narażone. Nie dlatego, że robią coś złego, lecz dlatego, że nie mają własnej siły odstraszania.
Polska jest dziś ważnym państwem w Europie, ale nie jest supermocarstwem. W świecie stref wpływów kluczowe pytanie brzmi nie „kto ma rację”, lecz kto uzna nasze bezpieczeństwo za warte realnego kosztu. A geografia — chcąc nie chcąc — ma tu znaczenie.
Nasze bezpieczeństwo opiera się na dwóch filarach: NATO i Unii Europejskiej. Oba są potrzebne jednocześnie.
Historia uczy, że rozbita Europa nie jest bardziej wolna — jest po prostu łatwiejsza do rozgrywania a Rosja tylko czeka by wrócić do swoich wpływów nawet nie z czasów zimnej wojny ale wcześniejszych jeszcze sprzed 1914 roku.
Operacja w Wenezueli była szybka i sprawna. Metody Rosji są inne — bardziej brutalne i bardziej destrukcyjne. Logika świata, w którym mocarstwa porządkują swoje strefy wpływów, powinna budzić w Polsce czujność, a nie entuzjazm.
Autor: dr Adam Stolarz
Ekspert ds wyceny przedsiębiorstw. Doktor nauk o bezpieczeństwie. Poszukiwacz genu innowacyjności w polskiej gospodarce obecnie i w przeszłości.
Zostaw komentarz