Potem, kiedy naprawdę zacząłem interesować się historią Józia, zacząłem zastanawiać się, czy w jego przypadku nie zadziałały te same geny, które przed laty kazały z powrotem wejść do wody pewnej praświni, a następnie ewoluować…..

Nasza znajomość zaczęła się zupełnie bez mojej woli. Również bez jego. W niewielkiej miejscowości P. położonej na północnych rubieżach ówczesnego województwa K. los chciał, że tuż obok siebie mieszkanie otrzymały dwie młode rodziny. W krótkim czasie powiększyły się, i tak się zaczęło. Od wspólnych przejażdżek wózkami, prowadzonymi przez naszych ojców.

Reszta była już tylko logiczną konsekwencją zamieszkania.

Przedszkole.

Potem szkoła.

Naprzód podstawowa a potem średnia.

Zawsze razem.

1.

I w końcu pierwszy poważny start w dorosłe życie.

Niestety. Egzaminy na Wydział Architektury położonej raptem 14 km dalej Politechniki co prawda zdaliśmy, ale ze względu na zbyt małą ilość punktów zabrakło nas w gronie szczęśliwców odbierających w październiku indeksy.

Postanowiliśmy przeczekać rok.

Zamiast jednak pójść do byle jakiej szkoły policealnej (zawodowej) oddychaliśmy wolnością.

Nie na długo.

Wiosenny pobór 197… roku  zaskoczył nas.

Na szczęście razem trafiliśmy do jednostki tuż pod granicą z ówczesnym NRD.

2.

Unitarka, ćwiczenie kroku marszowego na przemian z bieganiem. Po 6 tygodniach przysięga.

Po miesiącu straciłem Józka z oczu.

Był wyraźnie lepszy od innych, więc trafił do szkółki podoficerskiej.

Ja też nie próżnowałem.

Pod egidą kompanijnej organizacji ZSMP prowadziłem oficjalnie kronikę naszego garnizonu.

Zaś mniej oficjalnie pisałem wspomnienia dowódcy kompanii na konkurs ogłoszony w Żołnierzu Polskim.

3.

I wtedy Józek powrócił.

Jego pagony błyszczały od dwóch belek, jakie otrzymał na zakończenie szkoły.

Znaczy się kapral.

I znowu byliśmy razem.

4.

Ja, jako oczko w głowie dowódcy kompanii (co prawda szeregowy, ale użyteczny bardziej, niż cała reszta) swoje łóżko miałem razem z kompanijną „generalicją”, do której zaliczał się Józek.

Jako że już wtedy pisałem praktycznie tylko nocami rano mogłem się wysypiać. Oczywiście pod warunkiem, że widać było efekty mojej pracy.

Dbałem więc o to, by po nocy z kosza wywalały się potargane papiery, a na stoliku była przynajmniej jedna starannie zapisana kartka.

Przy okazji papiery zasłaniały puste butelko po piwie, którego „dla wspomagania pracy” kapitan Cz. nie skąpił.

5.

A Józek szalał.

Razem ze swoją drużyną walczył o osiągnięcie odznaki „wzorowego żołnierza”.

Na strzelaniu z kbk AK (z kałasznikowa) okazali się być drudzy w całym batalionie.

Aż wreszcie nadeszło lato.

Ówczesne święto przypadało 22 lipca.

Podczas uroczystego apelu Józek został wyczytany w rozkazie.

Nie dość, że dostał 3 dni urlopu, to na dodatek awansował do stopnia starszego kaprala i zdobył indywidualnie złotą odznakę zasłużonego dla obronności PRL.

6.

Ja również odniosłem sukces, choć nie tak widoczny..

Wieczorem zostałem wezwany do dowódcy kompanii.

Napisane przeze mnie jego wspomnienia zajęły drugie miejsce.

Pierwsze zajął jakiś pułkownik, który pół tekstu poświęcił atakowi pod Lenino, w którym uczestniczył jeszcze jako pacholę (dziecko pułku).

Nad ranem, kiedy już wszystkie butelki w pokoju były puste, dowiedziałem się, że mam tydzień urlopu.

A jak wrócę, mam napisać więcej, bo „mój” kapitan został zaproszony jako współautor książki.

Materiałów w Żołnierzu Polskim było za mało.

Siedem dni w domu,

                                        siedem dni wśród znajomych,

                                                                                                  siedem dni szczęścia.

Nawet nie wiem, kiedy się skończyły.

7.

Po powrocie czekało mnie sporo pracy.

Bo tu już przestało wystarczyć umiejętne kompilowanie starych artykułów z Żołnierza.

Trzeba było opierać się na faktach.

Nieprzespane noce, pobudka o 12, żeby przynajmniej zdążyć na obiad, kolacja w kasynie oficerskim.

W tym czasie dorobiłem się już osobnego pokoiku, zaraz za magazynem z bronią.

Kiedy szedłem przez korytarz z głową pogrążoną w słynnych manewrach rakietowych roku 197… na poligonie w północnym Kazachstanie, na których to, przynajmniej wg moich wspomnień pana kapitana ów jeszcze jako porucznik uratował samobieżną wyrzutnię rakietową przed osunięciem w przepaść, niespodziewanie zderzyłem się z Józkiem.

Na pagonach miał już czwartą belkę.

Tak między nami dopiero po chwili zorientowałem się, że to Józek.

Był bowiem wyraźnie wyższy niż ten, z którym razem stawaliśmy do poboru.

Chyba też mnie rozpoznał, ale poza krótkim uważajcie, żołnierzu! nie powiedział nic więcej.

Wtedy odezwały się we mnie wyrzuty sumienia.

Tworząc wspomnienia dowódcy kompanii zupełnie oderwałem się od reszty.

Raz, że poza posiłkami, a i to najczęściej obiadem tylko i kolacją, przebywałem albo sam, albo też w towarzystwie oficerów.

Z kilkoma byłem nawet na ty, bowiem nic tak nie zbliża, jak wspólne picie wódki.

A Józek służył tak, jak socjalistyczna Ojczyzna wymagała.

Zacząłem wstawać na śniadania.

8.

Józek, a dokładnie plutonowy Józef B., awansował. Był już zastępcą szefa kompanii i w zasadzie każdy apel odbywał się pod jego komendę.

Ale….

Ze zdziwieniem patrzyłem na postać Józka.

Nie tylko, że służąc w wojsku robił się coraz bardziej muskularny, to…. najwyraźniej rósł.

Jeszcze niedawno patrzyłem mu prosto w oczy.

A teraz musiałem brodę zadzierać do góry!

9.

W styczniu drugiego roku służby do mojej kanciapy wpadł szef kompanii. Z sierżantem W. nie miałem jakiś szczególnych kontaktów.

Jednak przyniesiona przez niego wódka raz dwa pozwoliła się nam zaprzyjaźnić.

Grzesiek, tj. sierżant W., koniecznie chciał się czegoś dowiedzieć o Józku. I jego rodzinie.

Zapamiętał nas jeszcze z unitarki, potem sprawdził miejsce zamieszkania w cywilu. Jego zdaniem powinniśmy się znać jeszcze sprzed wojska.

Powiedziałem mu wówczas o naszej przeszłości. O wspólnych spacerach, wtedy jeszcze w wózkach, o zabawie na podwórku w „największą katastrofę świata” (Titanic), o szkole podstawowej i średniej.

Nic jednak nie mogłem powiedzieć o starszej siostrze i rodzicach.

Nic, co mogłoby mu się przydać.

Byli to bowiem ludzie normalni. Przeciętni. Zupełnie tak, jak moi rodzice.

Grześ najwyraźniej zmartwił się.

Po drugiej połówce zaczął opowiadać.

Józef B. był zupełnie zwykłym rekrutem. Tak samo jak inni ćwiczył musztrę, ćwiczył strzelanie, dbał o broń . Miał też zawsze czysty mundur.

Tak jednak miało 99,99% innych poborowych.

To, co wyróżniało Józka, to było jego dążenie do perfekcji.

Kiedy kompania uczyła się czołgać on w czasie wolnym zamiast wypalić papierosa rzucał się na glebę i czołgał tak długo, aż któryś zniecierpliwiony kapral kazał mu przestać.

Ale za to miał wyniki….

Za jego awansami kryła się ciężka i solidna praca.

Kiedy jednak dostał „trzecią belkę” Grzesiek zaczął się niepokoić.

Zaczęło się od butów.

Zawsze spokojny i opanowany Józek stwierdził, że ktoś w nocy mu je podmienił.

Nie jest bowiem w stanie ich założyć. Są wyraźnie za małe, i to o jakieś dwa, a nawet dwa i pół numeru.

Grzesiek myślał, ze to wina spuchniętych stóp. Przypadłość taka zdarza się, i to niekoniecznie wskutek nadmiaru wypitego alkoholu.

Kiedy jednak obejrzał dokładnie stopy Józka nie zauważył najmniejszej opuchlizny.

Buty… faktycznie były za małe.

Grzegorz pobiegł prędko do swojej kanciapy. Tam miał zapisane dane wszystkich żołnierzy kompanijnych.

Zdębiał.

Za małe buty jeszcze kilka dni temu były dobre.

27.

Teraz jednak okazało się, że trzeba by 28,5!

Jezus Maria!

Na szczęście zdobycie większych butów nie było dla szefa problemem.

Ale stopy to był dopiero początek.

Kiedy Józek zdobył pierwsze miejsce w rzucie granatem na zawodach dywizyjnych w Ż. otrzymał w nagrodę 3 dni urlopu.

Przebrał się w mundur wyjściowy i nagle okazało się, że nogawki spodni nie sięgają nawet kostek, a rękawy marynarki odsłaniają przeguby!

Cały dzień trwało szukanie większego munduru.

Zamiast na 3 dni Józek pojechał tylko na 24 godziny.

Nie było problemem uzyskanie coraz większym mundurów.

Do czasu.

10.

Kiedy Grześ zdecydował się na wódkę ze mną Józek osiągnął już maksymalne rozmiary przewidziane normami (ludowego) Wojska Polskiego.

Żołnierz nie mógł być już większy.

Ale on nic sobie z tego nie robił i dalej rósł.

Co prawda już nie tylko w górę. Teraz wyraźnie przybywało mu w pasie. Poza tym twarz stawała się coraz bardziej okrągła i czerwona.

Wojsko było bezradne.

Plutonowy Józef G. trafił na Izbę chorych, a tam do izolatki.

I nagle zniknął.

11.

Nawet ja tego nie zauważyłem, pogrążony w pracy twórczej (właśnie pisałem treść rozkazu, jaki ojciec kapitana Cz. wydał ustnie swoim żołnierzom przygotowującym się do szturmu na Bramę Brandenburską w 1945 r.) a poza tym od dłuższego już czasu poranny apel przygotowywał szef kompanii, a nie jego zastępca.

Zupełnie tak, jakby nic innego nie działo się od dnia poboru.

12.

Moje wspomnienia kapitana Cz., dowódcy naszej kompanii okazały się prawdziwym szlagierem.

Nic zatem dziwnego, ze nagle otrzymałem trzy tygodnie urlopu, przy okazji awansując od razu na plutonowego.

Zaproponowano mi również kontynuację nauki w szkolnictwie wojskowym. To jednak zupełnie inna historia.

13.

W marcu, dwa tygodnie przed opuszczeniem jednostki, spotkałem znowu Józka.

Kończyłem wówczas analizę skutków bitwy pod Lenino, i to już dla dowódcy batalionu pułkownika K., kiedy na korytarzu natknąłem się na…

Jezusie Maryjo! Znowu był mojego wzrostu, może nawet ciut niższy.

Tyle, że na pagonach zamiast plutonowego widniała jedynie jedna belka.

Starszy szeregowy?!

Widząc mnie wyprężył się jak struna.

– Daj spokój, żołnierzu – powiedziałem mrużąc lewe oko.

Nawet się nie roześmiał.

14.

Za dwa tygodnie jechaliśmy już razem do P.

Rezerwa! To drugi najszczęśliwszy dzień w życiu młodego człowieka!

To jest rezerwa, która do domu po-o-owróciła…

Gdy rezerwiści piją, w G. wódki brak!

Dorosły tak, jak nigdy potem nie czułem się w życiu, podjąłem decyzję.

Podczas służby w Ż. zrozumiałem, że moim powołaniem nie jest architektura.

Ba, nawet nie studia politechniczne.

Wybrałem uniwersytet.

Na początku polonistykę, po której ukończeniu dołożyłem jeszcze dziennikarstwo.

Los chciał, że prócz pracy w miejscowym ośrodku radiowym z czasem stałem się pracownikiem uczelni.

A potem wydałem tomik wierszy.

Potem jeszcze jeden.

I kilka następnych, czego teraz po latach zliczyć nie umiem.

Zapomniałem w końcu o Józku, jak zresztą o wielu innych, o których myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi do końca świata i jeden dzień dłużej.

15.

12 maja była sobota. Skończyłem wcześniej zajęcia z „zaocznymi” i chciałem już wracać do domu, gdy nagle zatrzymał mnie portier.

W jego sylwetce było coś znajomego, coś, co przypominało mi…

-Dzień dobry, doktorze!

Wtedy go poznałem.

To był Józek.

Kończył pracę za pół godziny.

Wróciłem do pokoju.

Miałem wrażenie, że w tym samym momencie, kiedy zamknąłem drzwi, usłyszałem pukanie.

Józek.

c.d.n.

11.12 2018

.

.