Nazywaliśmy to złodziejką. Dzieciaki z Sienkiewicza, Stalmacha, Miarki i Błogockiej grupowały się w hordy najeźdźcze, których celem było łupienie cudzych ogródków owocowo-warzywnych. Były też morwy i mirabelki rosnące w parkach i na terenach – z naszej perspektywy – niczyich. Niby nie były takie złe smakowo, ale jednak ich jedzenie w jakiś sposób upokarzało w grupie. Liczyło się tylko to, co zdobyczne. Z narażeniem zdrowia i życia. To były prawdziwe wojny o prowiant.

Śliwki były do zdobycia na terenie obecnej parafii ewangelickiej. Były słabo strzeżone, byle pajac był w stanie je ogarnąć. Najeżdżaliśmy na nie jak już nam zupełnie nie wyszły bardziej ambitne wyprawy. Willa przy Sienkiewicza 4 obfitowała w dwa albo trzy drzewka z… brzoskwiniami. To było prawdziwe wyzwanie. Ale teren trudny, małe możliwości odwrotu, teren lekko spadzisty i łatwy do kontrolowania z zewnątrz. Ale i tak dawaliśmy radę. Przedszkole przy Miarki – głównie jabłka zimówki, trochę szarej renety, dwiemarne śliwy, ale za to rajd po terenie niesamowity, kilka tysięcy metrów kwadratowych. Zabawa kończyła się na ogół ciskaniem w siebie „zimowek”, których i tak nikt nie chciał jeść. Na Błogockiej było kilka krzewów malinowych, ale nie okradaliśmy ich wiedząc, że żyją tam starzy, styrani i niemocni ludzie. To byłoby nieludzkie.

Kradliśmy owoce i jedliśmy je z wielka przyjemnością, ciesząc się ze swojej zaradności, że bez udziału rodziców udało nam się zdobywać pożywienie.

Tego już teraz nie ma. Szkoda. Dlatego piszę to w nadziei, że moje dzieci kiedyś to zrozumieją. I że spodoba się im to. Co ojciec kiedyś nawywijał, a którego znają głównie z siedzenia przy komputerze.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.