Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęliśmy „wychodzić z pandemii”. Całkiem jeszcze niedawno słyszeliśmy na okrągło z ust telewizyjnych „ekspertów”-celebrytów oraz przedstawicieli władzy i polityków „totalnej opozycji” (a nade wszystko „lewicy”), że czeka nas kolejna zabójcza „fala”, że bez wyszprycowania całej populacji się nie obejdzie, że trzeba dokładać obostrzeń. I nagle. Stop. Pan ober-minister Polski, palatyn Niedzielski wyszedł przed lud i rzekł, że oto mamy „początek końca” pandemii.

Równocześnie, z natychmiastową wykonalnością, zaczęto znosić część – i to, dodajmy, bardzo uciążliwą część – „obostrzeń sanitarnych”, na czele z tzw. „kwarantanną z kontaktu”, której widmo wisiało nad nami przez wiele miesięcy i która w czasie najgorszego apogeum koronaparanoi paraliżowała działalność instytucji, firm, a przede wszystkim życie wielu tysięcy (jeśli nie milionów) Polaków.

Skrócono również czas zdalnej pseudo-nauki. Co prawda tylko o tydzień, ale tym ostatnim razem i tak szczęśliwie cały ten absurd w szkołach nie trwał zbyt długo. Takie – powiedzmy – delikatne przedłużenie ferii. Jest więc nadzieja, że – z racji na krótki czas trwania właśnie – nie przyniesie on tak katastrofalnych konsekwencji dla dzieci i młodzieży, jak poprzednia wielomiesięczna „nauka zdalna”.

Cóż to się zatem takiego stało, że rząd wreszcie (chyba?) z tym całym cyrkiem „dał sobie spokój”? Czy sprawiły to nasze – foliarzy, płaskoziemców, antyszczepionkowców – wielomiesięczne protesty, apele, publiczne wystąpienia i publikacje? Nie sądzę. Nie liczono się z nami przez tak długi czas, skąd przyszłaby ta nagła zmiana? A więc może wystraszyła się władza wielkich protestów w wielu krajach zachodniego świata, na czele z Kanadą, Francją, Brukselą? Możliwe, tym bardziej, że nasze „wychodzenie z pandemii” zbiegło się w czasie z odchodzeniem od wielu absurdalnych kowid-reżimowych obostrzeń w innych państwach; a zauważmy przy tym uczciwie, że to od czego państwa te (Austria, Czechy, Francja, Hiszpania itd.) odchodzą, z reguły u nas w ogóle nigdy nie zostało wprowadzone (jak powszechne „paszporty” szprycowe) albo też zniesione zostało już wcześniej (jak maski na wolnym powietrzu).

Jest też jednak inne wytłumaczenie. Kto wie czy wszystko to nie jest wciąż częścią planu – jak to mawiają „teoretycy spiskowi” – globalistów. Być może doprowadzenie ludzi do takiego właśnie stanu wzburzenia było zamierzone. Może nadal jest to element globalnego testu na ludzkości. Wszak sam guru światowych kowidziarzy, Bill Gates, jakiś czas temu zaprezentował swą wizję – o zbliżającym się końcu TEJ „pandemii” i o następnych – gorszych! (Niczym edycje systemu Windows.) Więc może przed nami tylko kolejne chwilowe wytchnienie. A potem od nowa ten sam cyrk, może nawet i z większym jeszcze zamordyzmem realizowany. Zobaczymy.

Faktem jest, że w grudniu poprzedniego roku WHO rozpoczęła prace nad „traktatem pandemicznym”: dokumentem, który ma – ehm – usprawnić wspólne zwalczanie przez wszystkie państwa świata przyszłych pandemii! Przyjęty ma zostać ten akt do 2024 r. Na naszym zaś podwórku, dla przykładu, minister oświaty, jeszcze przed skróceniem „nauki” zdalnej, zmienił treść rozporządzenia „w sprawie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19” w punkcie dotyczącym czasu jego obowiązywania – z 31 sierpnia na 31 grudnia 2022 r. Tak więc – już jest prawna podstawa pod ewentualne „zdalne” na jesieni…

No ale dobrze. Na razie kończymy z „pandemią”. Jeszcze tylko maski przez jakiś czas „trzeba” będzie nosić w przestrzeniach zamkniętych… No właśnie. Przez jaki czas? I czy to rzeczywiście „tylko maski”?

Co się tyczy pierwszego pytania, to pan oberminister coś tam bąknął półgębkiem, że może pochyli się nad tematem za miesiąc. Trzeba dawkować ludowi przyjemności. No i oczywiście jeszcze na pewno nie wiadomo. A jeśli nawet „obowiązek” ten zostanie zniesiony, pozostanie wciąż w przepisach jako zalecenie… Tiaa. Wielu pełnych troski i spokoju kowidziarzy już u progu „pandemii” prorokowało, że „maseczki to już raczej zostaną z nami na długi czas”. Skąd oni to wiedzieli? Dla mnie ten akurat przymus nigdy nie stał się czymś, z czym można się, tak ot, dla świętego spokoju, pogodzić. Na dłuższy czas, ani nawet na krótszy.

I właśnie – pytanie drugie. Czy to istotnie takie nic? Taka błahostka? Przecież nawet w kowidziarskim gronie – wydaje mi się – funkcjonuje już pełna świadomość faktu, że maski są absolutną „ściemą”! Że są tylko po to, „by przypominać nam, że jest pandemia”. Nie pełnią absolutnie żadnej prozdrowotnej funkcji. Są wyłącznie narzędziem upodlenia, tresury, zniewolenia ludzi!

I znowuż. Przyznać trzeba, że w wielu innych państwach też w tej sprawie było w minionych miesiącach gorzej niż u nas. Polacy dosyć rozsądnie podeszli do tematu. Był wręcz taki czas, jakoś w lecie poprzedniego roku, że przepis ten był niemal martwy. Mało kto nosił kaganiec nawet w sklepach. Później niestety ludzie znowu wdziali te paskudztwa. Może zaczęli znów bać się mandatów, bo milicja wzmogła kontrole. Nie wiem. Wolę nie myśleć, że wrócili do ich noszenia, wierząc w jakąkolwiek skuteczność…

W każdym razie. Cieszmy się naturalnie, że wreszcie „wychodzimy z pandemii”. Choć trudno się cieszyć swobodą, skoro kochane, troskliwe media straszą nas teraz bezustannie, dla odmiany, wojną (która nota bene, dla Ukraińców trwa już od 2014 r., ze zmienną intensywnością co prawda, no i z przerwą na „pandemię” oczywiście). Ale też i nie skaczmy z radości, gdyż już wkrótce WHO pod rękę z Billem wymyśli sobie nową bajkę i „dawaj” to samo. Albo i ciekawiej.

Mi osobiście zaś, dopóki wciąż widzę wokół siebie ludzi z zasłoniętymi paskudztwem twarzami, w ogóle nie jest do radości. Sam może odetchnę wtedy dopiero, gdy władza zniesie ten – jeden z najgłupszych – przymus. A prawdziwą radość z powodu zakończenia tego koszmarnego snu poczuję, gdy ludzie przestaną je nosić. Co niestety może przez długi czas nie nadejść…