W dawnych czasach Tadeusz Żeleński, zwany Boyem pisał obserwując podobne zjawisko – bo paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy.

Jeszcze wielu z nas nie otrząsnęło się na dobre po dokonującej się ostatnimi laty wolcie pewnego piszącego na różnych portalach blogera, który z pozycji opozycjonisty niechętnego co najmniej Rosji sowieckiej i jej sługusom stoczył się na pozycję zajadłego putinisty, atakującego UE, NATO, USA i, rzecz jasna, szczepionki. A także planującemu przewrót w Polsce w oparciu o drony i pewną mało znaną kanapę polityczną tarnowsko-kielecko-chorzowską…

I znowu widzimy wyłom po prawej stronie. Tym razem człowiek, który ciągle ma czelność pisać o sobie Zagorzały Antybolszewik herbu Jastrzębiec upadł już tak nisko, że powiela bezkrytycznie teksty sygnowane przez… najsłynniejszego szpiega Hauptverwaltung Aufklärung szerzej znanego jako Stasi, niejakiego Rainera Ruppa (lat 77), na stare lata robiącego wodę z mózgu Niemcom w ramach niemieckojęzycznej RT (Russia Today). Trudno znaleźć Niemca bardziej zasłużonego bolszewikom niż on.

Ale po co głośno mówić, że Rupp był ulubionym szpiegiem Honeckera, o którego zasługach dla Układu Warszawskiego ciepło wyrażał się nawet Breżniew???

Filoruska jaczejka, niestety panosząca się nawet na portalach ongiś patriotycznych (vide: obecnie jedna z najbardziej prorosyjsko – oszołomskich strona Dakowskiego) nawet nie wspomina o przeszłości swojego ulubionego autora. Szkoda, bowiem Rainer Rupp urodzony w Niemczech zachodnich (wówczas zwanych w PRL-u NRF) z przyczyn całkowicie ideologicznych zdradził swój kraj już w 1969 roku.

Przyznam, że z wielką ciekawością odczytałem jego ostatni tekst, w tłumaczeniu na polski rozpowszechnianym przez zagorzałego antybolszewika

I zdębiałem. Retoryka herr Ruppa jest bowiem bliźniaczo podobna do tej, jaką raczył nas dwa pokolenia wstecz niejaki Władysław Gomułka (ksywa partyjna Wiesław).

Jak pamiętamy (nie wszyscy, ma się rozumieć) towarzysz Gomułka mówiąc o wzroście ceny masła itp. dodawał uspokajająco, że jednocześnie obniżone zostały ceny lokomotyw.

Prawie 60 lat później genosse Rupp podobnie mówi o gospodarce Związku Sow…, pardon, Rosji.

Jednym z największych błędów popełnianych przez decydentów USA/NATO i ich doradczych „ekspertów” jest to, że całkowicie nie docenili rosyjskiej gospodarki, jej głębi i niezwykłej odporności, i nawet teraz nadal trwają w swoich głupich uprzedzeniach, że Rosja jest „stacją benzynową posiadającą broń jądrową”. Komentatorzy twierdzą, że rosyjska gospodarka nie jest większa niż w Teksasie czy Belgii i pojawiają się pytania, czy Rosja produkuje coś poza gazem i ropą na eksport.

Jednak ci ludzie nigdy nie pytają, jak duży jest rosyjski program kosmiczny, ile atomowych okrętów podwodnych produkuje ten kraj, ile nowych stacji metra, lotnisk lub mostów buduje się i otwiera w Rosji rocznie, ile typów samolotów i ciężarówek jest wyprodukowane przez Rosję lub ile żywności jest uprawiane i eksportowane. Zamiast tego dokonuje się głupich porównań ze wskaźnikami, które raczej zniekształcają niż mierzą siłę realnej gospodarki Rosji, licząc głównie nadęty balon bilansów,nagromadzone jako fikcyjne bogactwo w zachodnich systemach finansowych i bankowych, rozdęte ponad wszelkie wyobrażenia.

Linku nie podaję z przyczyn oczywistych.

Rupp, podobnie jak pół wieku wcześniej Gomułka, ma w dupie konsumenta. Dla nich nie ma/miał znaczenia przeciętny Kowalski czy Iwanow, którego poziom życia leciał na łeb i szyję. Owszem, masło, chleb, mięso drożało, ale za to Kowalski mógłby sobie kupić lokomotywę już nie po odłożeniu wszystkich wypłat w ciągu najbliższych 1000 lat, ale tylko po 947.

Tak samo Iwanow pod rządami Putina. Co tam braki w zaopatrzeniu, skoro Rosja woduje okręt podwodny o napędzie atomowym. Z tej okazji można jeść kartofle bez omasty nawet przez pół wieku (ale pod warunkiem, że wódka jest dostępna, nb. również z ziemniaków), zaś reaktywacja sowieckiego projektu Tu 160 warta jest więcej, niż wagon kawioru.

Świadomie czy nie genosse Rupp pokazuje, o co naprawdę chodzi. Otóż Rosja wygrałaby ukraińską wojnę, gdyby Ukraina była odcięta od dostaw z wolnego świata.

Co więcej, podbiłaby po kolei wszystkie państwa europejskie, gdyby nie NATO.

Jako żywo przypomina mi to pewnych herstoryków II wojny światowej uważających, że Niemcy z łatwością pokonaliby ZSRS gdyby nie jego rozmiary oraz panujące tam warunki pogodowe.

Równie zasadnie można by twierdzić, że Napoleon podbiłby Anglię w trzy do pięciu dni pod warunkiem, że nie byłoby Kanału La Manche i granica pomiędzy nią a Francją byłaby lądowa.

To jednak nie koniec wynurzeń genosse Ruppa.

Otóż ten były agent Stasi i aktualny autorytet zagorzałego anty(?)bolszewika w swoim szaleństwie ekonomiczno-wojennym idzie dalej.

Powodem tego jest „wojna przemysłowa”, którą Rosjanie doskonale opanowali, podczas gdy baza przemysłowa Ukrainy została już zniszczona, a USA i inne kraje NATO straciły tradycyjne moce produkcyjne i zapasy amunicji i części zamiennych ponieważ zamienili tę starą, kosztowną metodę na tańszą metodę „just in time”.

A potem autor Vershinin wyjaśnia, dlaczego zaopatrzenie tych armii w setki tysięcy żołnierzy i tysiące dział, czołgów itp. w broń, amunicję, części zamienne, paliwo, smary, żywność, leki itp. jest ważnym zadaniem. Dla Ukrainy zaopatrzenie w amunicję stało się szczególnie trudne, ponieważ Rosjanie ze swoimi zdolnościami i precyzyjnymi atakami rakietowymi głęboko w głębi Ukrainy zniszczyli nie tylko tamtejszy przemysł zbrojeniowy, ale także magazyny amunicji, węzły logistyczne i sieci transportowe .

Chociaż armia rosyjska również ucierpiała od kilku ukraińskich ataków transgranicznych i aktów sabotażu, były to ukłucia szpilki niewspółmierne do olbrzymich strat Ukrainy.

Manipulacja starego agenta Stasi (o ile ktoś inny nie ukrywa się pod takim „nickiem”, co w ruskich specsłużbach wydaje się jak najbardziej normalne) widać wyraźnie, gdy tylko porówna się tekst oryginału The Return of Industrial Warfare

(tu: https://rusi.org/explore-our-research/publications/commentary/return-industrial-warfare) z jego luźnym omówieniem powielonym bezkrytycznie przez użytecznego idiotę Kremla, zwącego się za gorzałę bolszewikiem czy jakoś podobnie.

Przede wszystkim nigdzie nie spotkamy twierdzenia podstawowego, jakim jest rzekome doskonałe opanowanie przez Rosjan „wojny przemysłowej”. Koronnym dowodem na zapyziałość i siermiężność wojennego sektora przemysłu Federacji są losy czołgu Armata (T-14). Zgodnie z zapowiedziami z 2015 roku w Ukrainie nie powinniśmy w zasadzie znaleźć już innych typów po stronie rosyjskiego agresora. Tymczasem po siedmiu latach od mało udanej demonstracji w jednostkach armii FR znalazło się od 14 do 20 sztuk tej odpowiedzi na Abramsa.

Powodem jest przede wszystkim brak opracowania systemu kierowania ogniem co sprawia, że na polu bitwy użyteczność tego cuda sięga w przybliżeniu opracowanego jeszcze w latach 1950-tych czołgu T-56.

I raczej nic się nie zmieni, bowiem na przeszkodzie stoi bariera techniczna. Ok. 70% zaawansowanej elektroniki, bez której współczesny sprzęt bojowy w dużej mierze pozostaje bezużyteczny Federacja sprowadzała z USA i EU.

Szlaban na dostawy trwa w zasadzie od 2014 roku, co spowodowało, że system wczesnego ostrzegania, oparty o satelity, nie funkcjonował jw 2018 roku (nie sądzę, by później nastąpiła jakaś zmiana). Dlatego każda rakieta manewrująca wystrzelona w kierunku Ukrainy jest dla armii FR stratą nie do odtworzenia.

Być może to właśnie tłumaczy paniczny strach Kremla przed rozszerzeniem NATO w kierunku Kremla. Bo o ile USA i ich sojusznicy za pomocą obserwacji satelitarnych mogą odczytać nawet godzinę na zegarku osoby przechodzącej przez Plac Czerwony w Moskwie, to w drugą stronę to już nie działa.

Jak zatem tłumaczyć tekst Alexa Vershinin’a?

Ano, nasuwa się analogia do zdarzeń z początku lat 1960-tych, kiedy to na Zachodzie stwierdzono istnienie tzw. luki nuklearnej, czyli posiadania przez ZSRS większej ilości głowic nuklearnych niż USA.

I choć materiały dostarczone CIA przez Olega Pieńkowskiego obnażyły niezdolność sowieckich sił rakietowych do zadania nagłego ciosu to jednak informacja o tym nie trafiła do opinii publicznej. Powodem były, jak łatwo zgadnąć, pieniądze. Kompleks zbrojeniowy był, jest i będzie zainteresowany produkcją, a histeryczna obawa przed sowieckim uderzeniem sprzyja jej rozwijaniu.

Czy mamy teraz powtórkę?

Rosjanie coraz bardziej opróżniają swoje arsenały tak, że za chwilę będą musieli sięgnąć po stare haubice D-30 (122 mm). Broń sprawdzoną… w Wietnamie podczas walk z Francuzami jeszcze. ;)

A przy okazji uruchomią produkcję Katiusz.

Żarty na bok. Faktem jest niepodważalnym, że szlaban na części elektroniczne FR nie obejdzie w żaden sposób. Poza kontrabandą, ale w to ciężko uwierzyć. Za duże jest bowiem zapotrzebowanie.

Bardziej prawdopodobne wydaje się, że za moment arsenały FR zostaną opróżnione z bardziej zaawansowanych pocisków.

Czy Putas będzie chciał użyć broni atomowej?

Całkiem możliwe, bo najwyraźniej coś mu się z głową porobiło. Ale nawet w Rosji uderzenie atomowe nie jest uzależnione od kaprysu jednego człowieka.

29 sierpnia 1949 r. nad poligonem w Semipałatyńsku wyrósł grzyb z dymu i ognia. Oznaczał początek atomowego wyścigu zbrojeń, który wypełnił arsenał Związku Radzieckiego tysiącami morderczych głowic. Część tych zasobów odziedziczyła współczesna Rosja, a Władimir Putin z nuklearnego szantażu uczynił narzędzie swojej polityki.

Wizja dyktatora, który czy to na skutek choroby, załamania psychicznego czy jakiegoś desperackiego aktu agresji wciska mityczny czerwony guzik, jest medialnie atrakcyjna.

I choć czerwony guzik nie istnieje, to istnieje system Czeget. To kanał łączności przeznaczony dla najważniejszych osób w państwie, fizycznie reprezentowany przez niepozorne, czarne teczki, w których znajdują się pulpity z kilkoma przełącznikami (są też czerwone!).

Teczki są przeznaczone dla prezydenta, ministra obrony i szefa Sztabu Generalnego. Zadaniem systemu Czeget jest umożliwienie najważniejszym osobom w państwie wzajemnej komunikacji, zapewnienie dostępu do danych z systemu ostrzegania i umożliwienie uruchomienia atomowego arsenału.

Aby nastąpiło to ostatnie, konieczna jest (dostępne źródła nie są tu jednoznaczne) jednogłośna decyzja wszystkich albo dwóch z trzech posiadaczy walizek. Nawet wówczas nie ma mowy o sytuacji, że wciśnięcie jakiegoś przycisku uruchamia natychmiastowy start rakiet.

Rozkaz uderzenia atomowego jest przekazywany do kolejnych warstw systemu dowodzenia. Aby ostatecznie został wykonany, musi zostać przekazany przez łańcuch siedmiu osób, każdorazowo weryfikujących warunki, związane z procedurami bezpieczeństwa.

https://tech.wp.pl/atomowy-arsenal-putina-czym-naprawde-straszy-dyktator-z-kremla,6751033498061760a

Cóż, w tej sytuacji opowieść, że Putin naciśnie guzik i świat wyparuje jest najwyraźniej całkiem nośną legendą, mającą obudzić jak największe obawy przed nieobliczalnym kremlowskim szaleńcem. Ot, taki całkiem mocny element wojny psychologicznej, jaką Rosja już ponad wiek toczy zresztą świata.

A już najbardziej żałośnie brzmią słowa niemieckiego renegata Ruppa ze stanem faktycznym. B. agent Stasi pisze pełen podziwuile typów samolotów i ciężarówek jest wyprodukowane przez Rosję.

Popatrzmy na lotnictwo cywilne. Po nałożeniu sankcji odgrzebywane są stare modele, jeszcze sowieckie. Mający być dumą ruskich linii lotniczych Irkut MC-21 jest oparty na projekcie wywodzącym się jeszcze z czasów ZSRS. W 1987 rozpoczęto bowiem prace nad Jakiem 242, przerwane z braku pieniędzy zaraz po rozpadzie Imperium Zła. Irkut jest jego kontynuacją.

Z kolei „wielki sukces” Putina w zakresie lotnictwa wojskowego, czyli bombowiec strategiczny Tu-160M to konstrukcja pochodząca jeszcze z lat 1970-tych, mocno zakotwiczona we wcześniejszej dekadzie (rozwinięcie M-20 z końca lat 1960-tych Miasiszczewa).

Problemem nr 1 ww. konstrukcji jest jednak „wsad” elektroniczny, niedostępny wskutek sankcji. Tak więc samoloty te pod względem wyposażenia elektronicznego tkwią w latach 1970-tych.

Nie powinno zatem dziwić, że gros sił lotnictwa bombowego stanowią Tu-95, w służbie od… 1956 roku. Wg przewidywań pozostaną w niej do 2040 roku – 84 lata w linii to naprawdę rekord nie do pobicia.

Jesteśmy świadkami wojny psychologicznej, jaką Rosja wydała reszcie świata. Mamy uwierzyć w mocarstwowość Rosji Putina, bać się atomówy, która spaść może nam na głowę wedle kaprysu kremlowskiego kurdupla (1,70 m wzrostu) i czekać spokojnie na denazyfikację… kolejnych krajów.

A najlepiej by było poddać się na wszelki wypadek.

Tymczasem potęga militarna drepce już prawie pół roku walcząc z państwem, które wg Putina i jego przydupasów zwyczajnie nie było.

Przy tak zademonstrowanej sile rosyjskiego oręża nadchodzi pora na powrót do granic ustalonych wieczyście w Polanowie 14 czerwca 1634 roku, czyli m.in. ze Smoleńskiem po naszej stronie. Chinom również należy się zwrot blisko 1 miliona km kwadratowych wraz z Władywostokiem. Strach się bać, ile zechce Turcja i czy Mongolia nie wystąpi do Moskwy o coroczną daninę tak samo, jak ongiś przez dwa wieki, na dodatek zaś zażąda ziem wchodzących ongiś w skład Chanatu Syberyjskiego. I pewnie dostanie, bo skoro armia FR bierze lanie od armii państwa, którego ponoć nie ma, to czmychnie na sam widok zorganizowanej armii.

A poza tym pacta sunt servanda, co nawet Rosję musi obowiązywać.

16.07 2022

fot. Tu-95 wikimedia commons