Nie da się tego nijak oglądać. Albo jakieś durne infantylne (pseudo)komedie ociekające przemocą, alkoholem i tanimi dziwkami, albo na drugą nóżkę – meganieudane produkcje na temat polskiej historii.
Te pierwsze są zabawne dla populacji z ilorazem inteligencji poniżej 60 IQ, te drugie obrażają wysoką inteligencję tych, którzy od lat nieskutecznie marzą na temat choćby produkcji na poziomie Braveheart – Waleczne Serce (1995). Jerzy Hoffman na przaśnym sprzęcie i przy słabym finansowaniu kręcił lepsze filmy niż te niedorajdy kompletnie nie rozumiejące tego, że gdyby zaangażować dobrą ekipę, to można byłoby nakręcić kasowy i dobry warsztatowo film o dokonaniach polskiej husarii (swego czasu najlepszym wojsku w całej Europie siejącym postrach iu w Azji), i o Viktorii Wiedeńskiej, i o tym jak zdobyliśmy Moskwę, której innym rzekomo lepszym się nie udało. I o dywizjonie 303, ale o nim to świetny film nakręcili akurat… Czesi. Zabawne prawda?
O kinie tzw. moralnego niepokoju wolę nie mówić, bo niemal wszyscy reżyserzy po upadku komuny, byli moralnie spokojni i zaspokojeni. Bo mogli wreszcie kręcić te kiczowate komedie i zarabiać pieniądze. Na tym tle filmowy psychopata Smarzowski dążący do tego by brud moralny, zło i inne scierwo moralne uczynić wyłącznym aktorem jednowymiarowego planu, urasta do rangi artysty i znakomitego aktora.
Tak jak ci wszyscy, którzy kręcą za pieniądze polskiego podatnika „filmy”, w którym Polaków co do zasady obsadza się w roli tępych wiejskich gnojków, leśnych głupków i dewocyjnych pijaków-katolików. No i wisieńka na torcie polskiej kinematografii zyskującej uznanie w Berlinie, Paryżu, Brukseli i Nowym Jorku – rzekomy polski antysemityzm, siermiężny, wyssany nawet nie z mlekiem matki ale z brudnego palca wsadzonego wcześnie w wiadome miejsce. Taki głupi, zahukany, złodziejski i przaśny. Dodajmy jeszcze, że śmierdzący. Bo Polak w światowej kinematografii musi być przynajmniej głupi.
Na takie produkcje idą dotacje Polskiego (co???) Instytutu Sztuki Filmowej. To takie Narodowe Centrum Nauki, tyle, że w sferze filmu. PiS może sobie rządzić jeszcze 100 lat, ale ponieważ ma tę słabość, że nie zamierza na rympał łamać prawa ustanowionego przez tych, którzy go nigdy nie szanowali, ale za to chcieli odpowiednio ustawowo zabezpieczyć swoje pozycje, przegrywa.
Ale wracając do polskiej kinematografii, nie trzeba być znawcą kina, żeby zauważyć, że czeskie, słowackie, węgierskie, sersbkie, macedońskie kino od lat 90. XX wieku przeżywa prawdziwy rozkwit. Tyle tylko, że tamtejsza kinematografia co do zasady nie sra do własnego gniazda. A nasza sra i to obficie. Pominę nazwiska, bo zaznajomieni z tematem wiedzą doskonale, którzy filmowcy występują w roli artystów-polityków. amtejsi reżyserzy, może dlatego że nie pochodzą z dużych państw, które trzeba prewencyjnie pacyfikować aby nie wybiły się do I ligii europejskiej, moga sobie kręcić dobre filmy, które się z przyjemnością ogląda.
Ciekaw jestem Państwa opinii na temat jakości polskiej produkcji filmowej po 1989 roku.
P.S.
Miał rację Maklakiewicz, choć wtedy jak wypowiadał tę kwestię, to był akurat złoty wiek polskiej kinematografii.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Jest kilka filmów na pewno bardzo udanych. Kręcił je i grał w nich sam Olaf Lubaszenko nim dostał szlaban za odsłanianie kulisów polskiej polityki, i życia w ubekistanie zwanym po1989 IIIrp. A kto siedzi nadal tłumnie po polskich akademiach filmowych, Panie Profesorze? Proszę pozdrowić kolegów profesorów artystów-filmowców. A potem narzekać. PiS ma ich powywalać ze stanowisk, całe to zaplecze kodu i anarchii oraz mielizny jakościowej? Jak? Zna pan odpowiedz?