Najpierw rząd słabo działał dyplomatycznie i sprawa znalazła się w TSUE.

Krzyczano, że „ani guzika”, że „wodzu prowadź”, że „nie będzie sobie decydować jakaś Pani sędzia” ( Jan Rokita opublikował bardzo słaby artykuł, gdzie słowa o pani sędzi padły), a jak przyszło co do czego, to rząd potulnie wszystko Czechom zapłacił i to nawet więcej niż sami Czesi na początku chcieli.

Sprawa na jakiś czas przycichła.

Jednak w dniu 31 mają 2023 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie na wniosek miasta Żytawa, czeskiego i niemieckiego oddziału Greenpeace oraz Fundacji Frank Bold wstrzymał – do czasu rozpoznania skargi – wykonanie decyzji środowiskowej dotyczącej koncesji na wydobycie węgla dla kopalni w Turowie po 2026 r. Chodzi o decyzję GDOŚ z 30 września 2022 r. określającej środowiskowe uwarunkowania realizacji przedsięwzięcia: „Kontynuacja eksploatacji złoża węgla brunatnego Turów, realizowanego w gminie Bogatynia”.

Oczywiście – jak to u nas w państwie – zaatakowano natychmiast sędziego. To odwraca jednak uwagę od tego, że problem kopalni Turów, która produkuje około 7% krajowego prądu pojawia się w krótkim czasie po raz drugi.

Pytanie jest więc takie:
Czy prawdziwy problem Turowa został wcześniej rozwiązany, czy tylko zamieciony pod dywan i przykryty propagandą?

Nie znam się na energetyce. Jestem prawnikiem. Jako prawnik staram się nie iść do sądu ze sprawą, co do której nie mam widoków na powodzenie. Parafrazując słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego ryzykuję sprawę sądową wtedy, kiedy mam 100% pewności.

Tymczasem rząd PiS po raz drugi przegrywa w sądzie. Najpierw europejskim teraz naszym.

Pytanie, czy zadziałał tu fatalizm pewnych wydarzeń, które były nie do uniknięcia, czy też myślano, że problemy jakoś się same rozwiążą?

Wyrozumiałych zwolenników PiS być może zadowolą ataki na sędziego Jarosława Łuczaja.

Natomiast malkontent zawsze wskaże, że takie ataki problemu kopalni nie rozwiążą.