Przejście graniczne między Preszewem a Tabanowcami, to jest między Serbią a Macedonią, jest de facto wewnątrzwielkoalbańskim przejściem udającym posterunek graniczny. W Preszewie prawie sami Albańczycy nie licząc ok. 200 rodzin przyklejonych do stacji kolejowej i pilnowanych przez serbskie wojsko. Zaś za Tabanowcami rozpościera się Kumanovo, gdzie językiem codziennej komunikacji nie jest bynajmniej macedoński, lecz albański.

Postój na tym przejściu jest zawsze nieoczywisty i nie bardzo wiadomo z czego wynika kolejka. Bo niekoniecznie z liczny odprawianych samochodów. Miejscowi pogranicznicy – Serbowie, Macedończycy i Albańczycy – opracowali sobie pewien rodzaj gry. W zależności od przynależności państwowej samochodu, jeden idzie do kontroli, drugi nie. I odwrotnie. Wszystko zależy od tego, ile np. aut na serbskich lub macedońskich blachach wjedzie na przejście. Jeśli np. siedem pod rząd jest serbskich, to wtedy tego siódmego bierze się na bok i sprawdza. Psami i elektronicznym skanerem.

To przejście jest wyjątkowo niepotrzebne i tylko zatrzymuje ruch w kierunku Grecji, a ludzie spragnieni plaży i morza kisną w autach. Powiewa nad nim złoto-czerwona wielka macedońska flaga mówiąca po cichu „Welcome to Great Macedonia”. Zaraz za przejściem można zatankować nieco tańsze paliwo, a także odwiedzić Kumanovo z bazarem, na którym można kupić wszystko. Między Kumanowem a Stambułem wiele lat temu wykopano wąski podziemny tunel, którym dostarczane są codziennie odzież, jedzenie i inne artykuły. Tunel ten liczy sobie ok. 800 km i jest rekordzistą w tej części świata. Wraz z towarami do sprzedaży przybywają nim tzw. nielegalni imigranci, ale mój Boże, kto w dzisiejszych czasach jest legalny.

Na przejściu Preszewo-Tabanowce jest wiele bezpeńskich psów. Pozornie bezpańskich bo należą one do administracji przejścia, gdzie są dokarmiane i głaskane. Jedynie udają potrzebujące, mając zapewniony wikt i opierunek. Instytucja psa granicznego została tutaj przeszczepiona z przejść granicznych z Rumunią, gdzie każde przejście ma swoich psich zwiadowców, psów granicznych.

To jedno z najmniej potrzebnych przejść granicznych w tej części Europy. Po zachowaniu personelu widać zresztą narastające zniechęcenie do pracy. Ale jeśli miałbym być szczery, to zamieniłbym pięć lat pracy na uniwersytecie na piąć lat pracy na tym przejściu. Myślę, że rozwinąłbym tam skrzydła. Do pewnych granic oczywiście.