– Kiery mnie na smentorzu zakopoł? – zapytał po śląsku Woźny. – Przecież ja nie umarłem, przeciwnie połowę życia miałem i mam przed sobą. Ledwo się z dołu wygrzebałem.
– Na stołówkę, muszę się po śmierci solidnie najeść – powiedział Woźny. Siedział następnie na stołówce z cztery godziny tak, że przejadł wszystkie zapasy.
– Odechce wam się chowania w grobach żywych ludzi – pokrzykiwał i kontynuował jedzenie.
– A teraz do czytelni – powiedział Woźny i udał się na trzecie piętro. Bibliotekarka niemal zmarła widząc Woźnego. – To pan żyje? – zapytała.
– Żyje i jeszcze pożyję. Ma pani najnowszy „Przewodnik Wędkarski”. Chętnie bym poczytał. – zapytał.
– Owszem, wczoraj dostarczyli, bardzo proszę – powiedziała Bibliotekarka kładąc pachnący jeszcze farbą drukarską miesięcznik przez Woźnym.
– Kto by pomyślał, ze karp żyć może nawet 43 lata i urastać do 113 centymetrów. O! A omul nie sprzedaje się w „Społem” na ulicy Regera.
– A teraz na parking podziemny zaparkować auto, którego nie posiadam. Udam, że go mam i zaparkuję – powiedział Woźny i z piskiem opon wjechał na parking.
– Przypilnujesz mi pan auta – wskazując na puste miejsce parkingowe. – Nie tylko przypilnujesz, ale będziesz wyobrażać sobie jego istnienie. Bo ja Woźny jestem. Pierwszy Woźny zmartwychwstały. Podwójnie mnie teraz szanować musicie. Szeregowi pracownicy są bez znaczenia, no chyba, że oddają cześć tym nie szeregowym.
– Czekaj, ty masz auto – krzyknął po wyjściu z Biblioteki i oczytanie się w stronę zdającego klucze pracownika działu przetwarzania rzeczy już przetworzonych. – Wieź mnie proszę do Rektora, mam mu coś do oznajmienia.
– Ale ja mam tylko Ładę, skromne auto takie. Nie bardzo nadające się do zawożenia do Rektora zwłaszcza.
– Bez znaczenia – wysadzisz mnie pan 200 metrów przed rektoratem i nikt nie zauważy.
I pojechali.
Woźny wszedł do rektoratu jak do swojego kurnika, bo wszyscy wiedzieli, że sypiał z kurami. Taka jego była przypadłość.
– Rektor jest? – zapytał retorycznie sekretarki, po czym wszedł do biura.
– Cześć Roman, pozwól, że ci się przypomnę. – Jestem Woźny, Woźny-Groźny. Mam w sobie moc zaszkodzenia innym. – Wku…ście mnie trochę. Nie ukrywam i z tym do ciebie przybywam. O! zrymowało się – zaśmiał się Woźny.
– Usiądź proszę, porozmawiajmy, czego się napijesz? – zapytał Rektor.
– Czegoś najdroższego, aby Cię maksymalnie zubożyć – powiedział lekko żartobliwym tonem Woźny.
Woźny udał się w tym czasie do lekko zacienionego kąta gabinetu Rektora, żeby wyrzec w jego stronę coś co było słyszalne tylko dla niego.
– Czyli jakby zmartwychwstałeś – zapytał od niechcenia Rektor.
– Zakopaliście mnie przedwcześnie, miałem tylko zong insulinowy. Spałem tylko. – Powiedział Woźny.
– Przykra sytuacja, powiedział Rektor i obiecał Woźnemu przyznanie nagrody jubileuszowej.
Zostaw komentarz