– Niech żyją ferie! – krzyknąłem, wylatując ze szkoły, jak Ikar z kreteńskiej niewoli. Z rozpędu wpadłem jeszcze do sklepu Żabki – tego za rogiem, gdzie moi uczniowie kupują żelki.
Poprosiłem ekspedientkę, żeby ukroiła mi chałwy za dwa grajcary i od razu zabrałem się do konsumpcji. – Uff, jak dobrze – sapałem, strzepując z brody słodkie okruchy. Ochota na chałwę naszła mnie po ostatniej lekcji polskiego, na której klasa piąta pisała test ze znajomości „Chłopców z Placu Broni”. Ponieważ powieść Molnara czytałem wieki temu, nie mogłem pomóc swojemu uczniowi i miałem zawodowego kaca.
Dlatego obiecałem sobie, że podczas ferii powtórnie przeczytam książkę, a po powrocie do szkoły popracuje z Jacusiem nad lekturą, żeby poprawił ocenę. Gwoli usprawiedliwienia dodam, że sprawdzian był bardzo szczegółowy i sprawiłby kłopot nawet zawodowemu hungaryście.
Bo kto z Państwa potrafiłby odpowiedzieć na pytania:
– Ile kosztowała porcja chałwy, którą oferował chłopcom sprzedawca wschodnich łakoci? Albo, jakich zapałek użył Nemeczek w oranżerii? Albo, co spotkało Nemeczka, kiedy podczas gry w kulki bracia Pastorowie powiedzieli mu – „einstand”?
Lecz nie samymi molnarami człowiek w ferie żyje, bo oprócz zaległych obowiązków musi mieć też przyjemności. Więc z lektur przyjemnościowych czytam sobie – „Fjakę”, cykl reportaży z Chorwacji, autorstwa Oli Wojtaszek. „Fjaka” przez wiele miesięcy wyświetlała się na mojej rolce fb, ale ją ignorowałem. Dopiero po wizycie na Istrii zainteresowałem się nachalnie reklamowaną przez wydawnictwo Czarne książką, od której teraz wołami nie można mnie odciągnąć.
„Fjaka” to nazwa stanu przewlekłego „nicmisięniechcenia” i zwątpienia, które ogarnia mieszkańców Dalmacji podczas letnich upałów. I chociaż upałów w Warszawie nie ma, wręcz przeciwnie – za oknem śnieg i mróz, to i mnie dopadła fjaka. Podczas ferii nic mi się nie chce, trochu czytam, trochu gram w kulki i nie mam wyższych ambicji kulturalnych.
Unikam polityki, nie oglądam tefałenów ani republiki i wykręciłem się od wyjazdu do Radomia, dokąd pojechali moi znajomi, żeby manifestować pod więzieniem.
– Nie jadę z wami protestować – powiedziałem znajomym – złapała mnie „fjaka”.
Być może moja fjaka jest pierwszą oznaką wypalenia zawodowego?
– Może powinienem już zrezygnować z pracy w szkole i nie kompromitować się dłużej – pomyślałem, wspominając swoją niedawną wpadkę na lekcji geografii, kiedy chcąc przywołać do porządku chłopców, obrzucających się kawałkami chleba podczas zajęć- ni z gruszki, ni z pietruszki zawołałem do dzieci słowami poety:
– Mieszkacie w „kraju, gdzie kruszynę chleba podnosi się z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba”, a wy ani ich nie szanujecie, ani nie wiecie czyje to słowa! – krzyknąłem, a po chwili zawstydzony patetyczną nieadekwatnością swego wystąpienia, zarumieniłem się pod zdziwionymi spojrzeniami uczniów.
Dlatego dzisiaj w pierwszym tygodniu ferii zastanawiam się czy moja fjaka, to tylko przejściowe zmęczenie, czy to już koniec gry i życie mówi mi – einstand?
Autor: Marek Szarek

Zostaw komentarz