15 stycznia 1462 roku za zbrodnię popełnioną przez mieszczan dali głowy radni i burmistrz. Coś podobnego wydarzyło się pierwszy raz w dziejach gminy krakowskiej.

A było tak:

561 lat temu starosta rabsztyński Andrzej z potężnego roku Tęczyńskich przyszedł do płatnerza Klemensa po odbiór zbroi. Robota mu się nie spodobała, zapłacić nie chciał, płatnerza zwyzywał, spoliczkował i ruszył do ratusza by wnieść skargę. Ale spotkali się przypadkowo na ulicy, bo Klemens też myślał o skardze do ratusza. Rzemieślnik krzyknął: ‘Panie pobiłeś mnie i dałeś mi policzek sromotnie w mym własnym domu, ale nie będziesz już mnie więcej bił.” Tęczyński, a może też jego pachołkowie, zaatakowali ponownie i pobili Klemensa tak poważnie, że trzeba go było odnieść do domu.

Wieść natychmiast się rozeszła. Wzburzenie było takie, że krakowskie pospólstwo nie szukało sprawiedliwości w sądach, tylko dopadli Andrzeja Tęczyńskiego w zakrystii franciszkanów, tam zabili, a ciało na znak hańby wlekli rynsztokami.

Tęczyńscy wołali o sąd, o sprawiedliwość i zemstę. Król był w trudnej sytuacji: trwała wojna z Zakonem Krzyżackim – potrzebował pieniędzy i rycerzy. Nie mógł sobie pozwolić by w jego mieście stołecznym panowało wrzenie i zamieszki. Oskarżono mieszczan wybranych przypadkowo, w tym rajców i burmistrza za „brak porządku” w mieście. Odbył się sąd i w zimny styczniowy dzień „za karę i dla przykładu” spadło 6 głów.

Trzej straceni byli członkami rady miasta, trzej pozostali – mieszczanami, których oskarżono nie wiedzieć dlaczego, bo ani mistrz ceklarzy, ani malarz w linczu nie uczestniczyli.
Zwłoki wydano radzie miejskiej: zostali z wielkim szacunkiem pochowani koło kościoła Mariackiego.

Wśród straconych rajców był Konrad Lang – kuśnierz i burmistrz z wpływowej krakowskiej rodziny. Życie stracił też kupiec, były burmistrz i rajca Stanisław Leymitter z rodziny znanej w Krakowie od XIV wieku. Pozostawił czworo małych dzieci, a wdowa musiała sprzedać dom, jaki mieli przy ul. Grodzkiej (dom kupił Wit Stwosz). Kat skrócił też o głowę członka rady, a wcześniej ławnika Jarosza Szarleja.
Rajcę Marcina Bełzę, kupca i byłego burmistrza król w ostatnim momencie ułaskawił, prawdopodobnie ze względu na „płacze i krzyki Bernardynów”, ale rodzina Bełzów potrzebowała aż półtora wieku by odzyskać dawną pozycję i wrócić na miejskie urzędy.

Mieli też Tęczyńscy swojego propagandystę. Napisał wiersz elegijny, wiemy, że pełen kłamstw, ale nie chodziło o wierność faktom, tylko o agitację.

„A jacy to źli ludzie mieszczanie krakowianie,
Żeby pana swego, wielkiego chorągiewnego,
Zabiliście, chłopi, Andrzeja Tęczyńskiego!
Boże się go pożałuj, człowieka dobrego,
Iże tako marnie szczedł od nierównia swojego!
Chciał ci krolowi służyci, swą chorągiew mieci,
A o chłopi pogębek dali ji zabici.
W kościele-ć ji zabili, na tem Boga nie znali,
Świątości ni zacz nie mieli, kapłany poranili.
Zabiwszy, rynną wlekli, na wschod nogi włożyli,
Z tego mu gańbę czynili. (…)

Kłamacie, chłopi, jako psi, byście tacy byli:
Nie stojicie wszytcy za jeden palec jego!
Mnimaliście, chłopi, by tego nie pomszczono?
Już ci jich sześciu sieczono, jeszcze na tem mało!…. ”

Na fot. fragment pracy Tali Randall

Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.