Obiektywnie patrząc to, niewątpliwie urodziłem się trochę za wcześnie, bo wtedy jeszcze trwała wojna. Groźba śmierci z rąk ukraińskich nacjonalistów, zmusiła naszych Rodziców wiosną 1944 roku do ucieczki ze Złoczowa i schronienia się u krewnych w Jaśle, skąd znowu wypędził nas przed zburzeniem całego miasta niemiecki landrat, ale późniejsze moje życie — trafiało w dziesiątkę… w punkt, jak się to teraz mówi.
Bo doświadczyłem tylu ekscytujących momentów, emocjonujących chwil, wręcz uniesień towarzyszących pontyfikatowi Papieża Polaka. Następnie doczekałem, czegoś, co przez prawie pół wieku było niewyobrażalne – upadku w Polsce komunizmu.
Może też jakbyśmy się później z żoną urodzili… nie mielibyśmy troje dzieci, nie dorobilibyśmy się sześciorga wnucząt. Nie bylibyśmy uczestnikami również niewyobrażalnego wcześniej postępu cywilizacyjnego, od lampy naftowej rozświetlających mrok dworu w Sierzchowie do smartfonów. Od konnych furmanek, za którymi w dzieciństwie przepadałem do Internetu, którym podróżować mogę wszędzie, no i do tych zmian obyczajowych, które tak znowu mnie nie cieszą.
Może kogoś spodziewającego się po mnie w tym miejscu krytyki gender… rozczaruję. Bo ja ze smutkiem zamyśliłem się nie nad dewiacjami, ale…nad informacją, że w Portugalii, Grecji, Chorwacji — nie można zatrzymywać się samochodem kempingowym poza miejscami do parkowania wyznaczonymi.
Więc jednak pomyślałem — z tym przyjściem na świat wybrałem dobry moment, bo przez blisko 10 lat włóczyłem się po Bałkanach, Ukrainie, Litwie, stawiając nasz domek na kółkach w miejscach zapierających dech urodą… i nikt tych wspomnień mi nie odbierze.



Zostaw komentarz