Zaczęło się niewinnie, jak to zwykle bywa: kilka butelek po napojach, każda z kaucją, każda z obietnicą, że „system działa”. Człowiek bierze je pod pachę, idzie do sklepu osiedlowego, bo przecież miało być łatwo, ekologicznie i nowocześnie. Tylko że ten osiedlowy, jeśli ma poniżej 200 metrów, w ogóle nie musi przyjmować, bo ustawa go zwalnia. Na wsi to jest reguła, nie wyjątek. A automat przepełniony, czerwone światełko, komunikat jak z muzeum techniki: „proszę udać się do innego punktu”. I nagle człowiek odkrywa, że ta cała ekologia zaczyna się od spaceru, a kończy na frustracji. Siedzą te mądre głowy w krawatach, projektują aplikacje i liczą miliardy, a nie wiedzą, że zwykły człowiek ma więcej rozumu w małym palcu i czuje, kiedy robią go w balona.
Idę więc dalej, bo przecież nie będę się poddawał po pierwszym podejściu. Drugi sklep, awaria, trzeci, kolejka jak do lekarza rodzinnego w poniedziałek rano, ludzie z worami, ja jedenasty w ogonku. A pani Jadzia za ladą tylko wzrusza ramionami, bo jej sklep jest za mały, żeby musieć, a za biedny, żeby chcieć. I tak małe sklepy tracą klientów na rzecz wielkich sieci, które mają automaty i miejsce na worki. I w tym momencie człowiek robi to, co robi każdy racjonalny obywatel: macha ręką, zgniata butelki i wrzuca do kosza. Bo szkoda czasu, szkoda paliwa na te puste przebiegi, a te cztery złote w bonach to nawet nie jest symbol, to jest zwyczajna kpina z nas i z naszego czasu. Dla seniora bez auta to nie jest kpina, to jest wyrok: albo dźwigasz worek kilometr do Lidla, albo tracisz.
I tu zaczyna się prawdziwe pitolenie, bo człowiek nagle widzi, że ta cała „ekologia” to bardziej dekoracja niż działanie. Bo jeśli odzyskanie czterech złotych kosztuje dziesięć złotych czasu i paliwa, to nie jest ekologia, tylko absurd. Trzy razy objechałem okolicę, spaliłem litr ropy, żeby oddać plastik, a bilans wychodzi na zero tylko w tabelkach ministra – w moim portfelu i w płucach sąsiadów jest mocno pod kreską. A do tego wszyscy zapłaciliśmy z góry, bo producenci już policzyli sobie ponad 14 miliardów złotych na butelkomaty i przebudowy do 2034 roku, a niektórzy mówią, że w dłuższej perspektywie to może być nawet o 40 miliardów, i wrzucili to w cenę wody mineralnej. Ekologia deklarowana jest więc opłacona z naszej kieszeni, zanim jeszcze butelka opuści półkę. Butelki trafiają do przychodnikowego kosza, a przyroda, która miała być beneficjentem, zostaje z ręką w nocniku.
Eksperci powiedzą: system działa w całej Europie, podnosi poziom recyklingu, uczy nawyków. I mają rację – tylko zapomnieli dodać, że działa tam, gdzie człowiek nie musi chodzić z workiem jak dziod proszalny, tylko oddaje butelkę przy okazji. W skali kraju to miliardy. W skali człowieka – kilka złotych, których nie chce mu się odzyskać. I właśnie na tej niechęci zbudowano cały interes.
I wtedy pojawia się kolejne zdziwienie. Człowiek myślał, że oddaje butelki, żeby je umyli i napełnili, jak za dawnych czasów. A tu się okazuje, że w Polsce nic nie wraca do obiegu, wszystko idzie do zmielenia, stopienia, przerobu. Dlatego nie wolno zgniatać, bo automat musi zobaczyć kod, kształt i wysokość, jakby to była butelka święta, a nie śmieć. I tak oto nowoczesna ekologia polega na tym, że zamiast sprasowanego worka plastiku, wieziesz w bagażniku pół metra sześciennego polskiego powietrza, bo automat ma humory i nie lubi wgnieceń. I dlatego w domu trzymasz śmierdzący, niezgnieciony balon, który zajmuje pół balkonu, bo automat chce widzieć kod kreskowy jak celnik na granicy. W PRL-u zgniatało się puszkę butem i nikt nie robił z tego religii. A przecież puszki aluminiowej w rowie nie uświadczysz, bo ją można spieniężyć, nawet nogą zgniecioną na naleśnik, bo liczy się surowiec, a nie jego „makijaż” dla fotokomórki. Dziś liczy się makijaż, bo system ma być czysty na zdjęciu, nie w worku.
Był czas, kiedy państwo było siermiężne, ale wiedziało jedno: jak coś ma wrócić, to trzeba za to zapłacić. Dziś państwo jest nowoczesne, cyfrowe i ekologiczne – i właśnie dlatego udaje, że płaci.
A skoro już o tym mowa, to pojawia się kolejne pytanie, które niby jest oczywiste, a jednak nikt go głośno nie stawia. Dlaczego nie ma butelek wielorazowych? W Polsce PET jest jednorazowy, szkło jednorazowe, a wielorazowość istnieje tylko w legendach i u Niemca. A przecież sami urzędnicy piszą w materiałach, że w Niemczech butelka szklana wraca średnio 45 razy, w Finlandii 33 razy, zanim pójdzie do huty. Żeby butelka wracała, trzeba by mieć myjnie przemysłowe, standaryzację i logistykę. A producenci wolą kolorowe etykiety i marketing niż wspólne butelki. Więc system nie jest po to, żeby butelka wróciła do browaru czy rozlewni, system jest po to, żeby ją po prostu policzyć i odhaczyć w raporcie „dla Brukseli”. U nas dali złotówkę kaucji za szkło wielorazowe i 50 groszy za plastik, ale nie dali myjni ani wspólnej butelki, więc ta złotówka to listek figowy, nie system.
A skoro nie ma wielorazowości, to pojawia się kolejna rzecz, jeszcze bardziej przyziemna. Dlaczego nie ma skupów plastiku? I tu dochodzimy do sedna: gdyby istniał skup plastiku, ludzie naprawdę by zbierali. Zgniataliby w domu, oddawali hurtowo, dostawali gotówkę, a nie świstki. Kaucja ma przecież sens tylko wtedy, gdy realnie opłaca się iść do skupu, tak jak za słusznie minionego PRL-u, gdzie surowce wtórne po prostu zbierano i uczciwie za nie płacono. Ale wtedy system musiałby wypłacać miliardy, a nie zatrzymywać je w obiegu. Dlatego prawdziwych skupów nie ma, bo byłyby zbyt skuteczne i zbyt korzystne dla zwykłego człowieka. Prawda jest gorsza: nieodebrana kaucja nie przepada, tylko z mocy prawa trafia do operatora systemu, który oficjalnie jest non-profit, ale utrzymuje się właśnie z tego, czego nie odbierzesz. A państwo jeszcze dolicza VAT od tych nieodebranych pieniędzy, więc fiskus też ma cichy interes, żebyś odpuścił.
A kiedy spojrzeć na to szerzej, wychodzi na jaw cała ekonomia tego rozwiązania. W Polsce sprzedaje się kilkanaście miliardów opakowań rocznie, każde z kaucją. Jeśli wraca tylko część, to reszta kaucji, setki milionów, a w skali roku nawet miliardy złotych, zostaje w systemie. I nagle człowiek widzi, że te kolejki, awarie i przepełnione automaty nie są przypadkiem. One są częścią logiki: zniechęcić, utrudnić, rozproszyć odpowiedzialność. Nieodebrana kaucja to najczystszy zysk, jaki wymyślono od czasów odpustów. Ministerstwo to nazywa „buforem finansowym”, ale bufor rośnie tylko wtedy, gdy kolejka jest za długa, a automat za często zepsuty.
A skoro mowa o tym, jak ten system działa w praktyce, to warto przyjrzeć się jeszcze jednemu szczegółowi, który na pierwszy rzut oka wygląda niewinnie. Bon to nie jest zwrot kaucji, to jest smycz. Oddajesz butelki, dostajesz bon, musisz wydać go w sklepie, w którym oddałeś. Pieniądz nie opuszcza sieci handlowej, tylko krąży w jej własnym obiegu. Gotówka byłaby uczciwsza, ale wtedy sklep nie miałby gwarancji, że do niego wrócisz po bułki. To jest handel wymienny, w którym Ty dajesz surowiec, a oni dają Ci prawo do zakupów u nich. System jest niby bezparagonowy, możesz oddać wszędzie, ale nikt nie ma obowiązku wypłacić ci gotówki. Dlatego dostajesz papierek, który działa tylko w tej jednej sieci. To nie jest zwrot kaucji, to jest kredyt, który udzielasz sklepowi – tyle że bez odsetek i bez prawa wypłaty.
I w tym całym zamieszaniu najgłośniej krzyczy się o ratowaniu planety, a prawda jest taka, że to właśnie środowisko i my, klienci, dostajemy najmocniej po kieszeni i po nosie. Klient płaci podwójnie: raz przy kasie, dorzucając kaucję, której połowy pewnie nigdy nie odzyska, a drugi raz własnym czasem i benzyną spaloną w korkach do zepsutych automatów. A planeta? Zamiast obiecanego raju, dostaje tysiące aut krążących bez sensu od sklepu do sklepu, by oddać kilka nietkniętych, niezgniecionych butelek wypełnionych… powietrzem. Do tego dochodzi wstyd domowy: w blokach ludzie chowają worki z kapuśniakiem i piwem na klatce, bo nie ma gdzie trzymać niezgniecionych flaszek. Latem to fermentuje, zimą zamarza. Dla matki z wózkiem albo starszego człowieka to jest bariera nie do przejścia, więc ekologia kończy się na progu mieszkania.
I tu wychodzi na jaw, że system kaucyjny to tylko soczewka, która powiększa sposób myślenia państwa i rynku o człowieku. Koszty są rozproszone na nas wszystkich, zyski skoncentrowane u nielicznych, a narracja ekologiczna ładnie przykrywa ten ekonomiczny młynek. Człowiek ma chodzić, szukać, stać i kombinować, a system ma liczyć, rejestrować i zatrzymywać. To nie jest problem butelek, to jest problem konstrukcji relacji między instytucją a obywatelem, którego traktuje się jak darmowego pracownika sortowni. I jeszcze jedno: jak nie będzie skupów, to będzie turystyka butelkowa. Już kombinatorzy liczą, czy opłaca się przywieźć butelki z Czech bez znaczka albo wywieźć nasze za granicę. System, który miał uszczelnić obieg, otworzy szarą strefę, bo różnica 50 groszy razy tysiąc butelek to jest dniówka. System nie zbiera butelek, system zbiera nasze drobne zaniechania. A przecież wystarczyłoby jedno: płacić za surowiec naprawdę, a nie na niby.
I dlatego właśnie warto było ruszyć temat kilku butelek. Bo w tych czterech złotych kaucji odbija się cały współczesny świat: „Ty się postaraj, Ty połaź, Ty postój przed zepsutą maszyną, a my w tym czasie policzymy, ile Twoich pieniędzy zostało u nas”. Ekologia jest tu tylko listkiem figowym, który ma zasłonić biznesowy mechanizm mielenia gotówki. A obywatel? Obywatel ma być wdzięczny, że może w ogóle oddać butelkę, nawet jeśli musi do tego odbyć pielgrzymkę godną największych sanktuariów. A operatorzy i ministerstwo będą wtedy mówić, że to nie wada systemu, tylko „początkowe trudności wdrożeniowe”. A potem już tylko przyzwyczajenie.
Zbigniew Grzyb
Z cyklu PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz