Do Wszaka i Kloca dotarła fatalna wiadomość.
Dziad Borowy trafił na Syberię.
— Jak do tego doszło? — zdziwił się Kloc. — Przecież pojechał tylko z pomocą humanitarną na Ukrainę.
— Tak — westchnął Wszak. — Ale napił się tej ich wódki „z percem”, zasnął w jakiejś stodole… i nikt nie wiedział, gdzie jest. W tym czasie teren zajęli Rosjanie. Jak go znaleźli, zaczął ich wyzywać — po polsku i po ichniemu. Uzna­li go za najemnika albo szpiega. Szybki sąd i wysyłka na Sybir.
— Czyli… łagier? — zapytała cicho Basza.
— Teraz nazywają to „kolonią karną”. Ale w praktyce… niewielka różnica.
Zapadła cisza.
— Musimy go wyciągnąć — powiedziała Basza.
Wszak skinął głową.
— Mam plan. Ale najpierw musimy się tam dostać.

Front
Po długiej drodze dotarli w pobliże linii walk.
Zniszczone budynki, cisza, dym.
Basza patrzyła wokół z niepokojem.
— Nawet szpital rozwalony… — mruknął Kloc. — Niezłe miejsce.
— Boję się — przyznała Basza. — Ale bardziej o Dziada.
— Jutro przerzucają nas dalej — powiedział Wszak. — Potem lecimy do Moskwy.

Moskwa
Po przylocie Basza wskazała na Kreml.
— To ten pałac z obrazków? Możemy tam pójść?
Kloc prychnął.
— Jasne. Jeszcze się przywitaj z ochroną.
Wszak pokręcił głową.
— Lepiej nie. Tam nie chodzimy.
Basza skrzywiła się.
— Dobra… już nic nie mówię.

Na wschód
Wsiedli do kolei transsyberyjskiej.
Kilometry lasów. Śnieg. Cisza.
— Tu można zniknąć i nikt nie znajdzie — mruknął Kloc.
— Dlatego my znajdziemy jego pierwsi — odpowiedział Wszak.

Tajga
Po zejściu z pociągu ruszyli pieszo.
Nagle — tygrys.
Ogromny.
Cichy.
Groźny.
Basza zamknęła oczy.
Chłód.
Przemiana.
Stanęła naprzeciw niego — większa, cięższa, spokojna.
Tygrys zawahał się… i odpuścił.
Zniknął w lesie.
Basza wróciła do siebie.
— Idziemy — powiedziała tylko.

Łagier
Dotarli nocą.
Druty. Baraki. Strażnicy.
Basza zrobiła krok do przodu.
I to wystarczyło.
Strażnicy się wycofali.

Dziad Borowy
Siedział w środku, oparty o ścianę.
Spojrzał… i zamarł.
— No proszę — mruknął. — Jednak przyszliście.
Kloc uśmiechnął się.
— Zawsze.
Basza podeszła bliżej.
— Wracamy.
Dziad wstał, przeciągnął się.
— Droga będzie długa.
Poprawił czapkę.
— Ale spokojnie.
Uśmiechnął się lekko.
— Jestem mistrzem survivalu.
Koniec (na razie…)