Opowieść o Janku i Jance zawsze była dla mnie najpiękniejszą historią o jakiej opowiadała mi babcia.Jest to też najpiękniejsza historia Naszego regionu.Do dziś mam w uszach tą melodię.Tą smutną…niesioną przez wiatr…
Przenieśmy się zatem w okolice Wólki Nowej i czas dwudziestolecia międzywojennego..
Poznali się jeszcze jako dzieci, lecz z czasem niewinna znajomość przerodziła się w prawdziwą, głęboką miłość. Janek miał zaledwie osiemnaście lat, gdy obiecał Jance wspólne życie. Ona odwzajemniała jego uczucie bez wahania. Spotykali się potajemnie, na polnych ścieżkach i pod osłoną wieczoru, bo ich rodziny były temu związkowi stanowczo przeciwne.
Rodzice Janki widzieli w niej jedynie przyszłość podporządkowaną ich woli, a ojciec Janka — zamożny i dumny — nie chciał słyszeć o biedniejszej dziewczynie jako synowej. Zakazy szybko przerodziły się w krzyki, a nawet przemoc. Młodzi byli rozdzielani, pilnowani, poniżani. Każda próba rozmowy kończyła się gniewem dorosłych.
Mimo to przez dwa lata spotykali się w ukryciu. W końcu zaczęli mówić o ślubie. Janka zebrała się na odwagę i błagała matkę o zgodę, lecz zamiast współczucia spotkała ją surowość. Podobnie było u Janka — jego ojciec zakazał mu widywać ukochaną na zawsze.
Pewnego dnia Janek przyszedł pod okno Janki. Wyszła do niego natychmiast. Rozmawiali długo, ze łzami w oczach. Wiedzieli już, że nie ma dla nich miejsca w świecie, w którym przyszło im żyć. Wtedy padły słowa, które przypieczętowały ich los — skoro nie mogą być razem za życia, połączą się w śmierci.
Przygotowali się do tego spokojnie, niemal uroczyście. Wieczorem, gdy nad wsią zapadła cisza, spotkali się ponownie. Najpierw uklękli przy przydrożnym krzyżu i odmówili modlitwę. Potem odeszli na pole, pod las, z dala od ludzkich oczu.
Janka położyła się na ziemi, odsłaniając głowę. Janek drżącymi rękami uniósł strzelbę. Huk rozerwał ciszę nocy. Dziewczyna zginęła natychmiast, wypowiadając jeszcze słowa miłości. Chwilę później Janek skierował broń przeciwko sobie.
Następnego dnia długo nikt ich nie szukał. Dopiero przypadkowi ludzie natrafili na ciała leżące w polu. Wieść szybko rozeszła się po okolicy. Rodzice przyszli zobaczyć swoje dzieci, lecz nie mieli odwagi podejść bliżej.
Pogrzebem zajęli się młodzi z miejscowej społeczności, bo rodziny wolały ukryć się przed wstydem. Janek i Janka spoczęli obok siebie — tak, jak chcieli za życia.
Od tamtej pory w Wólce długo opowiadano tę historię. Była przestrogą dla wszystkich — że pycha, upór i chciwość mogą zniszczyć więcej niż bieda czy los. A wiatr, który szumi przy lesie, jakby do dziś niesie echo ich ostatnich słów…
Poniżej orginalny tekst „Ballady o Janku Siegiedzie”.Piosenkę nie raz śpiewała moja nieżyjąca babcia wraz z sąsiadką,siedząc na ławce pod lipką…
Ballada o Janku i Jance
Trzy mile od miasta, pięknego Lublina
w parafii Kijany, jest Wólka wioszczyna.
Jest tam i kolonia, Zezulinem zwana
gdzie mieszkał Siegieda, co miał syna Jana.
I w Wólce Bednarek miał córkę Janinę,
Janek z Janką dali światu tę nowinę.
Osiemnaście latek miał młodziutki Janek,
a już uplótł Jance swej miłości wianek.
Janka też kochała kochaneczka czule,
lecz im zabraniały kochać się matule .
A ojcowie młodym schodzić się nie dali,
Janka i Janeczkę bili, przeklinali.
Lecz młodzi złączeni swoimi sercami
schodzili się ze sobą tylko ukradkami.
Kiedy już dwa lata szczerze się kochali,
ślubem się połączyć wspólnie rozmyślali.
Janka jęła płakać, prosić matuleczki,
żeby okazała litość dla córeczki
i wesele skromne córce szykowała
a Janka Siegiedę zięciem swym nazwała.
Matka jak lucyfer w sercu kamień miała,
zakochaną córkę kijem okładała.
Jankowi rodzice też zgody nie dali
i porzucić Jankę na zawsze kazali.
Bez żadnej litości ten chciwy Siegieda
klął, że biednej Jance swego syna nie da.
,,Mój Janeczek ziemi, złota ma w dostatku,
a Janka otrzyma trzy mordzyny w spadku”.
Zasmucił się Janek i zalał się łzami,
poszedł do Janeczki polnymi ścieżkami.
Przyszedł pod dom Janki, stuknął w okieneczko,
,,Wyjdź do mnie, kochana moja jagódeczko.”
Janka kądziel przędła, gdy sygnał spostrzegła
i zaraz czym prędzej do Janka wybiegła.
Przez całą godzinę z sobą rozmawiali,
i nad swoją dolą rzewnie zapłakali.
„Po cóż jest nam życie, smutno mnie i tobie,
nie chcą nas za życia, niech połączą w grobie.”
I przysięgli sobie śmierć zrobić kulami,
zasmucić rodziców własnymi trupami.
Rozeszli się z sobą, każde do swej chatki
szykować do grobu; śmiały się z nich matki.
Janka koleżankom śmiercią się zwierzyła,
każdej upominek ze łzów zostawiła.
Janek też sąsiadom opowiadał szczerze,
że już jego duszę wartko Bóg zabierze.
Był w związku strzeleckim, broń mu była znana,
przede wszystkim strzelba śrutem nabijana.
Własną dubeltówkę nosił ciągle z sobą,
ona mu pomoże iść z Janką do grobu.
Kiedy już nadciągnął wieczór umówiony,
wyły psy nieznośnie, zakrakały wrony.
Przyszedł Janek z bronią w wieczór pod dom Janki
i przyniósł ze sobą dwa cierniste wianki.
Janka wyszła z izby, skarb swój powitała,
swe życie w ręce Janeczka oddała.
Poszli bardzo smutni, pod krzyż murowany,
by odmówić pacierz dla każdego znany.
Spod krzyża odeszli, poszli w Janki pole,
stanęli pod lasem, za góreczką w dole.
Tam po raz ostatni z sobą się żegnali
i do strasznej zbrodni zaraz się zabrali.
Janka się plecami na śnieg położyła
i do strzelby głowę spod chustki odkryła.
Huknął ogień szturmem, twarz się rozleciała
a Janka ze słowem – kocham cię – skonała.
Janek znów przystawił broń sobie do brody,
kijem cyngiel spuścił dla lepszej wygody.
Huknęło, jęknęło, z wiatrem echo leci,
tak przez chciwość ojców zmarło dwoje dzieci.
Leżą młodzi w polu, wrony ich targają,
oczy, twarz i piersi rwą i pożerają.
Śmieją się rodzice, dzieci nie szukają,
aż im wieść żałobną myśliwi podają.
Matki musem poszły ujrzeć sztywne ciała,
lecz podejść do trupów każda z nich się bała.
Ojcowie tych dwojga blado wyglądali,
byli się ze wstydu pod ziemię schowali.
Patrzyli ze trwogą na swoje pociechy,
wrócili do domów płakać za swe grzechy.
Rozkazano ciała zabrać i pochować,
rodzice nie chcieli, woleli się schować.
Więc Związek Strzelecki i Koło Młodzieży
zrobili im pogrzeb taki jak należy.
Lecz ksiądz proboszcz także staje im w przeszkodzie,
trzymał ciała dwa dni w kościelnym odwodzie.
Młodzi się na księdza strasznie rozgniewali
i gdzie chcieli, Jankę z Jankiem pochowali.
Legli obok siebie, wspólnie w jednym grobie,
cieszcie się rodzice i żartujcie sobie.
Strzelecka orkiestra marsz żałobny grała,
przy mogile ciemnej młodzież zaśpiewała.
Wiatr wieje tak smutno, jęk młodzieńców niesie,
którzy zmarli wspólnie, przez miłość, przy lesie.
Niech się więcej na świat nie rodzi nowina,
by od kul ginęli chłopiec i dziewczyna.

 

Cdn…