Ten wpis jest odniesieniem do mojego wcześniejszego postu o Zbigniewie Ziobrze, który wywołał tyle emocji i komentarzy. Nie piszę tego po to, by kogokolwiek potępiać lub wybielać. Chodzi mi raczej o pokazanie pewnej różnicy pokoleń, sposobu myślenia i odpowiedzialności za własne państwo.
Moje pokolenie było chyba zrobione z trochę innej materii.
Mój kolega z więziennej celi, gdy wprowadzono stan wojenny, był akurat w Paryżu. Mógł zostać. W tamtych czasach Zachód dla wielu był już nowym życiem, ucieczką od PRL-u. Dostawało się tak zwane „duldungi”, dokumenty pozwalające zostać.
A on poszedł na lotnisko, kupił bilet i wrócił do Polski. Wiedział doskonale, co go czeka. Na Okęciu został aresztowany. Potem relegowano go z uczelni, wyrzucono ze studiów, a przez następnych dziesięć lat nie mógł dostać normalnej pracy. Zapłacił za swój wybór bardzo wysoką cenę.
Podobnie Kornel Morawiecki. Deportowany siłą z Polski przez komunistów, znalazł się w Stanach Zjednoczonych. Mógł zostać. Mógł urządzić sobie spokojne życie z dala od reżimu. A jednak wrócił do Polski przez zieloną granicę. Profesor Jerzy Przystawa przewiózł go maluchem do Polski na lewym paszporcie.Wrócił żeby dalej walczyć z komuną razem z ludźmi, których nie chciał zostawić samych.
I warto pamiętać, że także później płacił za swoją niepokorność. Nawet po 1989 roku nie wszystko nagle stało się normalne. Jeszcze po 1991 roku nie chciano przyjąć go z powrotem do pracy na Politechnice Wrocławskiej.
Dzisiaj taki sposób myślenia wydaje się niemal nieracjonalny. W świecie politycznego marketingu, kalkulacji i wygodnego dystansu coraz trudniej zrozumieć ludzi, którzy wracali do kraju nie po zaszczyty, lecz po konsekwencje. Ale właśnie z takich ludzi rodziła się kiedyś wolność.