Są takie miejsca, które proszą się, by opowiedzieć ich historię. Smolnik — niewielka, niemal zapomniana osada przy granicy — jest jednym z nich. Ukryta wśród bieszczadzkich wzgórz i wijącego się Sanu. A pośród tej ciszy osiadła cerkiew. Z wieżyczkami wyciągniętymi ku niebu. Jedna z niewielu, które przetrwały burze historii, przesiedlenia, i wojny.

Mówią, że anioły budowały tę świątynię.Zeszli z nieba nagle i cicho, pod osłoną mgieł, nocą, kiedy ludzie spali . To właśnie wtedy z lasu słychać było stuk młotka, dźwięk piły i mowę której nikt nie rozumiał. Rankiem drewno leżało już gotowe, a przygotowane wiązania były tak doskonałe, jakby najlepsi cieśle je wykonali.

Pewien starzec, który przed laty był dzieckiem w tych stronach, opowiadał, że jego dziad opisał kiedyś noc, gdy ujrzał sylwetki postaci o długich, jasnych płaszczach przechadzających się wśród budulca. „Nie dotykali ziemi,” A potem zniknęli.

Dziś jest kościołem katolickim, lecz nosi w sobie pamięć modlitw w językach, których nikt już tutaj nie używa.

W latach czterdziestych, gdy świat znów płonął, z gór zbiegł młody chłopak, żołnierz, który ledwo uszedł z zasadzki. Błąkał się wśród drzew, ranny, bliski śmierci. Gdy runął na ziemię pod starą jodłą, myślał, że to jego koniec. Mgła spowiła wszystko. I wtedy zobaczył światło. A gdy się ocknął, leżał na drewnianej ławie pod cerkiewnym okapem. Obok świeży chleb i bandaż na nodze. Żadnej żywej duszy. Tylko dzwon kołyszący się powoli, jakby ktoś go właśnie wprawił w ruch.

Dziś cerkiew w Smolniku, wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO — może najpiękniejsza z tych, które przetrwały. Drewniana, otoczona szeptem liści, śpiewem ptaków i czymś, czego nie widać, ale się czuje. Może to anioły. Może duchy przodków. A może po prostu pamięć —tej ziemi.

Jeśli kiedyś tam traficie wejdźcie bez słów. Przełóżcie dłoń do ciepłego drewna. I poczujecie jak bije jej serce.

Foto: Marek Zielonka

Autor: Jędruś Ciupaga