Rumunia organizuje efektowny medialnie szczyt B9, ale realną agendę i kierunek formatu wyznacza dziś Polska.

B9 coraz bardziej przesuwa swój „środek ciężkości” z regionu Morza Czarnego na region Morza Bałtyckiego i Skandynawię.

Polska skutecznie rozszerzyła format o państwa nordyckie, zwłaszcza Finlandię, wzmacniając północny wymiar NATO.

Rumunia nie potrafiła przeciwstawić temu własnej wizji dla południowej części wschodniej flanki NATO i regionu Morza Czarnego.
Bukareszt powinien był zaprosić do szerszej współpracy np. Grecję lub Turcję, aby wzmocnić znaczenie południowo-wschodniej Europy.

Szczyt B9 ma głównie charakter konsultacyjny i symboliczny, bez realnej siły decyzyjnej czy wykonawczej.
Najważniejszym efektem szczytu będzie „ładne zdjęcie” i polityczny PR dla rumuńskich władz.

Rumunia cierpi – według Popescu – na chroniczny brak „kultury rezultatów” w polityce zagranicznej.
Rumuńska dyplomacja jest słaba pod względem budowania trwałych sojuszy i relacji z głównymi partnerami zachodnimi.

Polska natomiast konsekwentnie buduje pozycję regionalnego mocarstwa politycznego, wojskowego i gospodarczego.
Warszawa widzi siebie jako kluczowy filar regionu bałtycko-skandynawskiego i przyszłego lidera Europy Środkowo-Wschodniej.
Uprzywilejowanym partnerem Polski na wschodniej flance NATO staje się dziś Finlandia, a nie Rumunia.

Obecność jedynie podsekretarza stanu USA Thomasa DiNanno pokazuje, że USA nie traktują szczytu w Bukareszcie jako wydarzenia najwyższej rangi strategicznej.

W sprawie Ukrainy szczyt raczej nie przyniesie konkretnych decyzji ani nowych mechanizmów wsparcia finansowego.
Możliwe są jedynie kolejne deklaracje politycznego poparcia dla Ukrainy.