To będzie dość chaotyczny i pełen gorzkich przemyśleń tekst.
Piszę o tym i piszę. Mówię o tym. Szereg innych osób, które mają o wiele większy zasięg, również mówi. W Polsce te wszystkie zmiany, które Ukraińcy wprowadzają, odbierane są po prostu jako ciekawostka. Suma takich ciekawostek trafia do mediów głównego nurtu i stwarza pewnego rodzaju medialne tło, modę na fajne słówka – drony, bezpilotowce itd. Jak o tym robi się głośno w mediach i społeczeństwo zaczyna rozmawiać na te tematy, budzą się politycy i od czasu do czasu składają głośne polityczne deklaracje. Najważniejsze są nazwy… mają brzmieć przepotężnie: Dolina dronów, Armada dronów itd. Społeczeństwo zaczyna myśleć, że coś się dzieje, skoro nasze władze już otwarcie o tym mówią. Tyle że… w praktyce nic się nie dzieje. Nie ma znaczenia, jak coś nazwiesz czy jak głośno zadeklarujesz – nie forma i deklaracja mają znaczenie, tylko sedno. Potrzeba zmian systemowych w przemyśle zbrojeniowym, w strukturach i systemie szkolenia wojska. I przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że te zmiany są niezbędne. Jesteśmy natomiast na etapie udawania czegoś na poziomie deklaracji, przy jednoczesnym wypieraniu rzeczywistości przez ludzi, którzy realnie decydują o budowie systemu obronności państwa.
I w tym samym czasie mamy za naszą zachodnią granicą przykład naszego sąsiada, do którego w Polsce stosunek jest tak mocno niejednoznaczny… mieszanina zachwytu, zazdrości, pogardy, nienawiści, zamiłowania, kompleksów itd. I co w tym samym czasie zrobił ten nasz lubiany i jednocześnie znienawidzony sąsiad? On też składa polityczne deklaracje, ale robi to z reguły w momencie podpisania umów i kontraktów. On ma również jawnie jakiś plan działań, który jest realizowany spójnie przez rząd, MON i dowództwo Bundeswehry. Dowództwo nad armią niemiecką jakimś cudem przejęli oficerowie, którzy nie tylko mówią o konieczności implementacji doświadczeń z wojny na Ukrainie, ale podpisują konkretną umowę z Ukraińcami, przewidującą wdrażanie tych doświadczeń na etapie szkolenia niemieckich żołnierzy i oficerów. Po prostu pozyskują Ukraińców na stałe w centrach szkoleniowych. I z jakiegoś powodu oni nie mają kompleksu wyższości nad Ukraińcami i nie mówią, że NATO-wski system jest lepszy, więc nie ma czego się uczyć.
Kierownictwo państwa nie składa głośnych deklaracji o budowaniu armad, tylko po prostu sprzyja od 2,5 roku aktywnie budowaniu wspólnych przedsiębiorstw z Ukraińcami, których powstał już cały szereg i które już produkują i wysyłają na front swoje uzbrojenie.
No a dziś niemiecki MON po prostu wziął i podpisał z ukraińskim MON-em umowę przewidującą wejście Niemiec do ukraińskiego programu rozwoju innowacji Brave1. Powstanie niemiecka wersja – Brave Germany – połączona z tą ukraińską. Co prawdopodobnie daje niemieckim firmom pełen dostęp do ukraińskiego rynku na równych zasadach. Niemcy nie wymyślają koła… jak widzą, że coś dobrze działa, biorą i po prostu to u siebie implementują. Oni przestawiają swoje fabryki aut na produkcję transporterów i czołgów… i jednocześnie to im nie przeszkadza w uruchomieniu programu rozwoju startupów produkujących drony, środki WRE i oprogramowanie dla wojska na modłę ukraińską. I nie mam pojęcia, dlaczego państwo będące pierwszą gospodarką Europy, gdzie są postacie pełne pogardy podobne do Pappergera, tym niemniej na poziomie decyzji państwowych poczuciem swojej wyższości się nie kieruje, tylko raczej zimnym pragmatyzmem.
To nie jest kwestia pieniędzy czy potęgi gospodarczej, drodzy Państwo. Bo to jest dziedzina, w której nie potrzeba było wielkich inwestycji i stary ciężki przemysł tu w niczym nie pomaga… potrzeba wizji i woli politycznej, potrzeba spójnej strategii. Jak ktoś mi pisać zaczyna, że Ukraińcy są źli, bo wybrali Niemców jako partnera… to dla mnie jest to o tyle bez sensu, że Polska do tego wyścigu po prostu się nie stawiła NA WŁASNE ŻYCZENIE. Nie da się postawić w grze na kogoś, kto w niej po prostu nie chce nawet wziąć udziału. Nawet nie rozumie, po co mu jest ta gra. Polska tej szansy po prostu nie zauważyła, albo raczej ją zlekceważyła, stawiając inne rzeczy za priorytet i uznając, że nasza pozycja jest niezastępowalna. No a teraz pociąg już odjechał w dużej mierze. Bo implementować te wszystkie doświadczenia i zmiany tak czy inaczej będziemy zmuszeni. Po prostu robiąc to jako ostatni, będziemy stawiani w niekorzystnych warunkach. Mieliśmy to wszystko na wyciągnięcie ręki i byliśmy pierwsi w kolejce. Można było temu wyścigowi przewodzić. Ukraińcy nigdzie nikogo nie odrzucali, oni łapali każdą możliwość, jaką im proponowano, podpisywali umowę z każdym, kto był zainteresowany… dlatego po prostu, że chcieli przetrwać. Ta cała narracja o Ukraińcach, którzy nas nie lubią, nie chcą, biorą nic w zamian nie dając, traktują nas jak frajerów… to jest jakaś forma wytłumaczenia sobie, dlaczego nie trzeba nawet próbować prowadzić własnej gry na wschodzie. W Polsce uznano, że nie ma powodu, by nawiązywać współpracę, bo korupcja, bo z Zełenskim stosunki się popsuły, bo coś powiedział niemiłego, bo najpierw niech załatwią te kwestie historyczne, a wtedy pogadamy. No i mnie jeszcze 2 lata temu przekonywano z różnych stron, że nikt z tymi Ukraińcami współpracy nie nawiąże, bo z tak skorumpowanym, oligarchicznym reżimem nikt nie będzie chciał mieć do czynienia. Więc tak czy inaczej do nas przypełzną, bo nikomu oni nie są potrzebni. Takie miałem dyskusje 2 lata temu i od czasu do czasu nadal mam teraz.
I jak ktoś będzie mi wciskał w komentarzach, jacy Ukraińcy są proniemieccy, to mogę opisać absolutnie podobny tryb nawiązania współpracy z Ukrainą ze strony Francuzów czy Brytyjczyków. Te państwa inwestują w tę współpracę nie z życzliwości i hojności… nie dlatego, że łaskę Ukraińcom robią, tylko dla własnej korzyści, bo inwestują w ten sposób w rozwój. Nie mam pojęcia, dlaczego Francuz, Niemiec czy Brytyjczyk uruchamia produkcję wspólną inwestują w nią, a później wysyła na front tę produkcja za miliardy dolarów płacąc za to przecież z własnej kieszeni i uważa tę współpracę za wzajemnie korzystną, a w Polsce takiej współpracy się nie nawiązuje bo się uważa, że to jest „frajerstwo”.
Im dłużej całą tę sytuację obserwuję, tym bardziej jestem w rozpaczy. Nie wiem, to prawdopodobnie jest jakiś systemowy, instytucjonalny problem. Dwie dekady w Polsce to chyba za mało, by wystarczająco głęboko ten problem zrozumieć. O ile klasa polskich przedsiębiorców jest po prostu fantastyczna, o tyle klasa polityczna żyje w jakimś osobnym, wyimaginowanym świecie i cała ta klasa polityczna jest po prostu niepoważna. Politycy zajmują się cały czas jakimiś drobnymi, głupimi przepychankami, podczas gdy to jest czas na strategiczne decyzje i tu trzeba ludzi gotowych poświęcić kariery i popularność dla wprowadzenia niezbędnych zmian. Nie mam pojęcia, dlaczego w Polsce te różne światy się nie przenikają i ten wysoki poziom w jednej dziedzinie nie przekłada się na drugą. A wszystko, co trzeba zrobić… w zasadzie nie przeszkadzać i stworzyć warunki dla potencjału, który już mamy… by się swobodnie rozwijał.
___________________________________________________________
Zachęcam również do wspierania mojej niezależnej publicystyki, linki w pierwszym komentarzu. —->
Zostaw komentarz