„Pensje rosną!”, grzmią rządowe grafiki. „Polacy zarabiają już prawie 10 tysięcy!”. Jeszcze chwila i przeciętny Kowalski zacznie się zastanawiać, czy przypadkiem nie zgubił gdzieś swojej drugiej wypłaty. Bo skoro statystycznie zarabia fortunę, to dlaczego pod koniec miesiąca dalej liczy, czy starczy na rachunki, paliwo i zakupy?
Odpowiedź jest banalnie prosta: statystyka bywa jak Photoshop dla gospodarki. Wystarczy odpowiednio podkręcić światło, wygładzić zmarszczki i dorzucić kilka milionów premii dla „swoich”, a obraz nagle wygląda jak skandynawski cud dobrobytu.
I oto mamy spektakl pod tytułem: „średnia wynagrodzeń rośnie”. Jak? Ano bardzo nowocześnie – za pomocą nagród wypłacanych w ministerstwach. Ponad 130 milionów złotych premii dla urzędników. Ministerstwo Finansów samo rozdało ponad 52 miliony. Średnia nagroda? Ponad 4 tysiące złotych. Maksymalna – 21 tysięcy. Widocznie ktoś wyjątkowo bohatersko przekładał segregatory.
Oczywiście wszystko zgodnie z procedurami. Zawsze jest jakieś uzasadnienie: „szczególne zaangażowanie”, „wyjątkowe osiągnięcia”, „intensywna realizacja zadań”. W urzędniczym języku brzmi to niemal jak opis szturmu na Normandię, choć najczęściej chodzi o wyprodukowanie kolejnych tabel, prezentacji i konferencji prasowych o tym, jak dobrze idzie gospodarce.
Najpiękniejsze jest jednak to, że ten system sam siebie napędza. Państwo rozdaje premie z pieniędzy podatników, następnie premie podnoszą średnią płacę, a potem politycy wychodzą przed kamery i ogłaszają sukces: „wynagrodzenia rosną!”. To trochę tak, jakby kelner wyjął klientowi banknot z portfela, wsunął go z powrotem do kieszeni marynarki i oczekiwał owacji za wzrost majątku.
Tymczasem przeciętny pracownik sektora prywatnego dostaje co najwyżej nagrodę w postaci nowych obowiązków. W fabryce, sklepie czy małej firmie premia zwykle oznacza: „jak będzie dobry kwartał”. W administracji państwowej dobry kwartał najwyraźniej zaczyna się wtedy, gdy trzeba poprawić narrację przed publikacją danych GUS.
I właśnie dlatego „średnia krajowa” stała się politycznym memem. Bo średnia nie pokazuje rzeczywistości – pokazuje wygodną opowieść. Jeśli prezes banku zje mięso z dziesięcioma emerytami jedzącymi kapustę, to statystycznie wszyscy jedzą gołąbki. Jeśli ministerstwo rozda milionowe premie, to statystycznie Polakom żyje się coraz lepiej.
A potem człowiek wraca z zakupów, patrzy na paragon i zaczyna podejrzewać, że jedyną rzeczą rosnącą szybciej od średniego wynagrodzenia jest kreatywność propagandy.

Zostaw komentarz