Wtorkowa konferencja marszałka Sejmu przejdzie do historii nie dlatego, że padły tam odpowiedzi, ale dlatego, że odpowiedzi właśnie zabrakło. Bo kiedy polityk nie potrafi odeprzeć pytania argumentem, najczęściej sięga po najstarszą broń partyjnego aparatczyka: pogardę.
Włodzimierz Czarzasty postanowił więc urządzić pokaz siły wobec dziennikarza Telewizji Republika. Nie wobec prezesa stacji, nie wobec właściciela medium, ale wobec człowieka wykonującego swoją pracę. I zrobił to z miną człowieka, który najwyraźniej uwierzył, że funkcja marszałka Sejmu daje immunitet nie tylko od odpowiedzialności, ale również od przyzwoitości.
„Nie rozmawiam z medialną szczujnią” — grzmiał Czarzasty, jakby przemawiał nie z Sejmu RP, lecz z komitetu centralnego, gdzie media dzieliło się na „słuszne” i „wrogie”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że duch minionej epoki wciąż krąży po korytarzach władzy, a niektórzy towarzysze nigdy naprawdę nie wyszli z mentalnego PRL-u. Zmieniły się garnitury, zmieniły logotypy partii, ale odruch pozostał ten sam: kto pyta niewygodnie, ten wróg.
Cóż za nowoczesna definicja demokracji. Nie trzeba już odpowiadać na pytania. Wystarczy oznajmić: „nie szanuję was” i gotowe — debata publiczna zakończona. Można wrócić do wygodnego świata, w którym pytania zadają wyłącznie zaprzyjaźnione media, najlepiej takie, które przed rozmową upewnią się, czy polityk życzy sobie wersję miękką czy bardzo miękką.
Najbardziej uderza jednak nie sam atak, ale ton wyższości. Ten charakterystyczny rodzaj politycznej pychy, w której człowiek władzy zaczyna wierzyć, że to on decyduje, kto jest dziennikarzem, a kto nie. Że to on przyznaje obywatelom prawo do zadawania pytań. Że mandat społeczny oznacza prawo do publicznego obrażania tych, którzy patrzą mu na ręce.
A przecież demokracja działa dokładnie odwrotnie. Polityk nie ma obowiązku lubić dziennikarza. Nie musi go szanować prywatnie. Ale ma obowiązek odpowiadać na pytania, szczególnie te niewygodne. Bo nie odpowiada stacji telewizyjnej — odpowiada obywatelom.
Problem polega na tym, że część klasy politycznej najwyraźniej uznała już media za coś w rodzaju dworskiej służby. Dziennikarz ma przyjść, przytaknąć, ewentualnie zachwycić się błyskotliwością ministra czy marszałka. Jeśli zaś zada pytanie spoza zatwierdzonego scenariusza — staje się „szczujnią”, „agentem”, „propagandystą” albo innym wygodnym etykietowanym wrogiem ludu.
Historia uczy, że każda władza zaczynająca od pogardy wobec pytań kończy zwykle pogardą wobec obywateli. I właśnie dlatego słowa Czarzastego są tak wymowne. Nie dlatego, że były ostre. Politycy często bywają ostwi. Problem w tym, że były ostentacyjnie antydemokratyczne.
Bo demokracja zaczyna się tam, gdzie władza potrafi odpowiedzieć nawet tym, których nie cierpi. A kończy się tam, gdzie marszałek Sejmu uznaje, że wystarczy powiedzieć „nie szanuję was”, by zamknąć usta niewygodnym pytaniom.
Zostaw komentarz