Opowieść nr 30.
Jak już wspominałem, uliczki są wąskie, ciemne, a jeśli już któraś szersza to od razu wykorzystana przez samochody i skutery, które ryją się pomiędzy ludzi w różnych kierunkach, jadąc abstrakcyjnymi esami-floresami.
Zapewne dawniej było tak samo, bardziej wielbłądy, konie, osły, wózki, a tłum jeszcze większy, gdyż nie było supermarketów, zakupów przez internet, tak zorganizowanego transportu kołowego, czy lotniczego. Tu krzyżowały sią szlaki, trzeba było gdzieś odpocząć, napoić zwierzęta.
Niezmordowany tłum ludzi płynął non stop przez damasceński bazar – souq al- Hamadiyeh, to tu zatrzymywały się karawany wiozące korzenie i kadzidło, jedwabie i brokaty….
I tak myszkując wśród straganów Rami ciągnie nas w jakąś sporą bramę i oto nagle otwiera się inny świat. Panuje tu cisza, no może cichutki gwar, ale oczy krążą po tych łukach i pasiastych ścianach.
W karawanserajach handlarze odpoczywali i robili interesy. Tu się wyspali i posilili.
Obecnie funkcjonuje tu kawiarnia. Jeśli dobrze zrozumiałem naszego przewodnika, to z fontanny na środku woda niegdyś tryskała na wysokość dachu. Dlatego wielki otwór w tym miejscu. Taki brak dachu miał też inne praktyczne zastosowanie, tworzył się efekt komina, powietrze było zasysane przez bramę i uchodziło do góry chłodząc i wentylując wnętrze.