Problemem jest, że dziś media są w stanie każdej poważnej wypowiedzi przeciwstawić setki opowieści egzaltowanych idiotów i idiotek, rozdygotanych aktorów z jakiegoś serialu, gostków z reklamy szamponu, panienek znanych z tego, że są znane, jarmarcznych piosenkarzy, wszelkiej maści „terapeutów”, obrońców zwierząt i sam Bóg wie kogo, kto się pcha na ekran z swoim wywnętrzaniem się, z sączycym się ulepem „pozytywności” i kosmicznej wręcz „troski”.

To media kształtują dziś trendy kulturowe wzmacniają do entej potęgi opinie często marginalne i ekstrawaganckie, gdyż mają możliwość kształtowania w ten sposób dyskursu publicznego pod gusta i przekonania własnych redakcji.

Wytwarzanie konsensusu wśród elit jest samo w sobie ciekawym procesem, który – moim zdaniem – jest wciąż mało zbadany. Jest to jednak istota „postępu”. Elity, w ramach wytwarzania własnej ekskluzywności stale znajdują kolejne obszary kontrowersji, w których zajmują stanowisko przeciwne wobec dominującego w danej społeczności, lecz zgodne z „megatrendem” kultury, który na Zachodzie wynika z nieograniczonej ekspansji chrześcijańskiej miłości. Miłość ta i związana z nią troska obejmuje coraz szerszy zakres bytów i je „emancypuje” obdarzając cechami podmiotowymi. Niezależnie czy chodzi o mniejszości, zwierzęta, rośliny, planetę Ziemię, inne planety, czy sztuczną inteligencję – za każdym razem byty te ulegają pewnej personifikacji i upodmiotowieniu w ramach postępu emancypacji. Elity podkreślają swój ekskluzywny status „liderów moralności” zajmując zawsze miejsce na czele tak rozumianego postępu. Jednak jego natura nie wynika z żadnego „spisku” elit, ale z rozpoznania przez nie istoty samego megatrendu, nad którym religia straciła kontrolę wraz z sekularyzacją społeczeństw.

Tym, co ograniczało ten trend dawniej był „Logos” – sztywny zestaw reguł religijnych ograniczających stosowalność zasady miłości. Pozwalał on wiernym na racjonalizację przemocy kiedy dana reguła była łamana. Jednak sekularyzacja doprowadziła do „śmierci Boga”. Ten termin wzięty przez Nietzchego jeszcze z nauczania Joachima de Fiore nie oznacza wcale końca religii pe se, ale właśnie upadek idei „mądrości bożej” – przekazanej właśnie w postaci odgmatów i religijnej tradycji.

Upadek Logosu przy zachowaniu nadrzędnej zasady miłości osadzonej w kulturze prowadzi niechybnie do tej emancypacyjnej inflacji objawiającej się w skrajnie emocjonalnym epatowaniu miłością do czegokolwiek., co może być uznane za słabe i bezbronne. Taka miłość nie zna granic a jej rewesem jest absolutna nienawiść do „nie dość kochających” – takich, jak prof. Bralczyk.

Mechanizm psychologiczny jest taki sam jak w przypadku religii. Dla osoby głęboko wierzącej samo istnienie niewiernych jest aberracją – wyłamaniem się z kosmicznego porządku, czymś, co powinno być jak najszybciej skorygowane za pomocą ewangelizacji lub po prostu wymuszenia konwersji. Dla „kochających” taką samą aberracją jest istnienie „niekochających” – są oni jakimś defektem świata, rodzajem psychopatów czy szaleńców, których należy izolować jeśli nie po prostu zabić. Samo ich istnienie zagraża nieograniczonej ekspansji „pozytywnej energii”, która promienieje od „kochających”.

Elity świetnie to wyczuwają – są istnymi apostołami miłości. Kochają wszystko i wszystkich – poza tymi, którzy nie kochają, oczywiście. W najlepszym wypadku litują się nad nimi, jako nad pozbawionymi „łaski” – zapewne za sprawą traumy doznanej we wczesnym dzieciństwie, co jest łatwą wulgaryzacją psychoanalizy.

Kim jest „dziaders”? Dziaders jest tu kimś, kto został źle wychowany. Obracał się za młodu w złym świecie pozbawionm miłości i jego umysł został wadliwie ukształtowany. Dziaders nie jest tu „pełnym” obywatelem Nowego Świata, Nowej Wspólnoty – jest poganinem, który nie przyjął nowej wiary. Pogan się izoluje, dystansuje się od nich. Są trucizną kalającą świat. Dziś ich się nie zabija, ale skazuje na śmierć cywilną. Mają stać się niemi.

Dlatego właśnie na prof. Bralczyka spada niekończące się pasmo potępień. Zarządzany przez elity kompleks medialny nie spocznie, dopóki go nie wykluczy, pozbawi znaczenia, skaże na niebyt.

Prof. Bralczyk zniknie niebawem z mediów głównego nurtu tak, jaby go nigdy nie było. Wzmianki o nim będą skromne i wymuszone absolutną koniecznością. Stał się „nieczysty” i będą go unikać. Na jego miejsce pojawią się inne „autorytety” już czekające w kolejce. Autorytety o już słusznych poglądach, które będą dowodzić np., że „Ziemia umiera” w sumie tak samo jak człowiek.

W istniejącym megatrendzie nie ma na to sposobu. Każdy niedobór „miłości” jest tu „faszyzmem” z definicji. Elity będą zawsze – jeśli tylko się ich nie zmusi przemocą do hipokryzji – działać zgodnie z regułami opisanego wyżej mechanizmu – na tym bowiem polega ich elitarność – na ciągłym pozostawaniu w awangardzie moralnego postępu.

Prawica tego mechanizmu nie jest w stanie zrozumieć. Wydaje jej się, że elity są motywowne wyłącznie materialnymi korzyściami, że są tak jakby urodzonymi oportunistami przyklejającymi się do każdego, kto da kasę. A jednak – przecież prawica, kiedy była u władzy proponowała im te pieniądze i spotkała się z szeroką odmową. Ten, kto „kolaborował” z PiS-em był wśród elit piętnowany. Było tak, gdyż elity wyczuwają ten „wyższy” porządek moralności. Doskonale wiedzą, kiedy są poza megetrendem. Dla elity sensem życia jest właśnie być częścią tej rzeki kultury, którą megatrend wyznacza. Nie mają żadnych skrupułów, jeśli zgarniają lewą kasę, śpiewają dla mafii, robią przewały, prostytuują się – byle nie wypaść z tej roli.

To widać wszędzie – nawet najbardziej dziwkarski biznes, jakim są te wszystkie konkursy piękności epatuje na prawo i lewo „ambasadorkami dobrej sprawy”. Laureatki konkursów jeżdżą po świecie i odwiedzają misje ONZ pochylając się nad losem „biednych dzieci”. Cały ten biznes jawi się jak jedna wielka organizacja charytatywna. Nic tam, że wokół tego pełno dzianych gości w złotych łańcuchach i Ferrari… Miłość, miłość i tylko miłość…

Takie jest dziedzictwo Jezusa.