W 1996 r. zostałam rzecznikiem prasowym lubelskiego kongresu CIHEC (Commission International d’Histoire Ecclesiastique Comparée/Międzynarodowej Komisji Historii Porównawczej Kościołów) pt. „Chrześcijaństwo w Europie Środkowo-Wschodniej i jego związki z Zachodem i Wschodem”. Mimochodem, by nie rzec: mimowolnie. Nie mam pojęcia, kto wpadł na ten genialny pomysł. Może prof. Jerzy Kłoczowski, który mnie zatrudniał w Instytucie Europy Środkowo-Wschodniej, a może moja promotorka, s. prof. Urszula Borkowska, która wiedziała, że pisuję fabuły i lubiła mnie karcić za te frywolne ciągotki.
Działo się to na długo przed premierą mojej pierwszej książki, a z nowoczesnych mediów najlepiej znałam weneckie renesansowe warsztaty drukarskie, więc łatwo zgadnąć, jak się przeraziłam. Ale prof. Kłoczowski zbył moje obawy szerokim gestem. Oznajmił, że nie ma się czego bać, poza tym pozna mnie z „naszym Marcinkiem”, a on mi wszystko wytłumaczy.
„Naszym Marcinkiem” okazał się Marcin Przeciszewski. Prezes i redaktor naczelny Katolickiej Agencji Informacyjnej.
Dziwny był to czas.
Kiedy myślę o tym z perspektywy prawie 3 dekad, nieustannie uderza mnie, jakie miałam szczęście do mistrzów i jak się hojnie ze mną dzielili swoim czasem, wiedzą, kontaktami, inspiracjami, wyzwaniami. Bo prof. Kłoczowski rzeczywiście takie spotkanie zorganizował. Prawdę powiedziawszy, niewiele z niego pamiętam. Robota przy CIHEC-u była nie do przerobienia i w tamtych czasach marzyłam głównie, żeby się gdzieś zwinąć w kąciku i przespać. Ale pamiętam, że szef KAI znalazł wieczorem, po pracy, czas, żeby porozmawiać z zupełnie mu nieznaną smarkulą, pokazać jej, jak wygląda komunikat prasowy, opowiedzieć o różnicy między informacją a interpretacją i dodać otuchy, mówiąc, że da sobie radę.
Nie wiem, czy podziękowałam wtedy należycie, lecz jeśli nie, to dziękuję teraz. Bo potrzebowałam takiej rozmowy. Bardzo.
Epoka tamtej KAI właśnie dobiega końca. Biskupi, zaniepokojeni, że „w Katolickiej Agencji Informacyjnej pojawiały się komunikaty nie do końca spójne z przekazem instytucjonalnym Kościoła katolickiego w Polsce”, postanowili ową spójność wymusić. Ma powstać grupa medialna Komisji Episkopatu Polski, w której znajdzie się m.in. KAI. Zamiast krytykować biskupów za np. rozwiązanie komisji ekspertów ds. wykorzystywania seksualnego dzieci, będzie wytwarzać „zintegrowaną informację pozytywną” o Kościele. Czyli – jeśli dobrze rozumiem intencję, a raczej tak, bo dorastałam w PRL-u – taką jakby propagandę.
Można ten pomysł analizować w różnych perspektywach, choćby roli świeckich w Kościele. Mam jednak świadomość, że większości z Was to nie obchodzi i możliwe, że KAI nie jest dla Was głównym źródłem informacji o świecie. Ale to, co się dzieje z KAI, jest ważne także dla Was. Bo te zintegrowane informacje pozytywne i – co gorsze – zintegrowane informacje negatywne coraz mocniej organizują nam przestrzeń informacyjną. Łatwo sobie tę zmianę konstruować i wyjaśniać jako przypadłość innych, lecz media – nie tylko katolickie – się zmieniają. Otorbiają się wokół własnych poglądów i przekazów dnia, w totalnej kontrze wobec innych, bez ciekawości poznawczej, bez otwartości i potrzeby, by poglądy innych zrozumieć, jeśli już nie zaakceptować.
Nie jest to zmiana na lepsze.
Ale tymczasem jest 1996 r. i zostaję tym nieszczęsnym rzecznikiem. Z pomocą kumpli (III LO, klasa z rozszerzonym angielskim) stawiam biuro prasowe w czterech językach konferencyjnych, bo przecież mamy ambicje i nie poprzestaniemy na zwyczajnym angielskim. Andrzejek cudownie ogarnia symultany. Mało śpimy. W nocy trzaskamy komunikaty prasowe z każdego dnia kongresu i od rana rozsyłamy je do mediów.
Dziwny, dziwny czas.
Nie, nie odkrywam w sobie zamiłowania do dziennikarstwa czy konferansjerki. Ale jestem młoda, chuda, harda i ostra jak brzytwa. I właściwie daję radę.
Pamiętam, że moja mama ma tamtej jesieni przecudne białe astry w ogrodzie i wycięłam je w pień, żeby mieć kwiaty do wazonów na konferencjach prasowych.
Pamiętam, jak prowadzę pierwszą kongresową konferencję prasową na KUL-u, gdy nobliwy starszy pan zaczyna się znienacka wydzierać, że wszyscy jesteśmy masonami i zdrajcami.
Pamiętam, jak prof. Jarosław Hrycak wparowuje mi, spóźniony i wymęczony, w sam środek kolejnej konferencji prosto z autobusu, bo go nasi pogranicznicy przetrzymali na przejściu.
Pamiętam, jak tłumaczka mi w którymś momencie wymięka przy fachowej terminologii i muszę sama przejąć tłumaczenie, a jednocześnie panować nad salą.
Pamiętam wreszcie, jak prowadzę konferencję prasową z biskupem Tadeuszem Pieronkiem, sekretarzem generalnym Konferencji Episkopatu Polski.
Mam wtedy 25 lat. Dopiero co się obroniłam. Całkiem niedawno biegałam po mieście w skórze i z Anarchią na spodniach. Potem studiowałam u Sorosa. O dziwo nikt mnie nie pyta o poglądy ani kiedy ostatnio byłam u spowiedzi. Nikt mnie nie sprawdza do siedmiu pokoleń wstecz ani nie oczekuje zintegrowanych informacji pozytywnych. Witamy się, wchodzimy na salę i jedziemy z pytaniami. I nie dzieje się nic, zupełnie nic, strasznego.
Nie mitologizuję tamtych czasów. Bywało różnie. Ale jednak jakichś mieliśmy wtedy mniej lękliwych episkoposów.
Przemija postać świata.
Ilustracja: Mam mnóstwo zdjęć róż, ale własnych tyle, co kot napłakał, więc to wprawdzie ja i nawet znów w Lublinie, ale już nie tak chuda i nieco wygładzona na brzegach ponad dekadę po CIHEC i tylko z wizytą, bo życie popchnęło mnie w zupełnie innym kierunku.
Scena po napisach: Własne dzieci – a są już prawie tak dorosłe, jak ja podczas CIHEC – uczyłam, że „strach zabija duszę, że strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie”.
Tekst pierwotnie opublikowano na stronie autorskiej TUTAJ.
Autor: Anna Brzezińska
Ceniona pisarka i historyczka, trzykrotna laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla, najbardziej prestiżowego polskiego wyróżnienia w dziedzinie fantastyki, autorka powieści i opowiadań. Monumentalne i bestsellerowe Córki Wawelu oraz Zmierzch świata rycerzy, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego, były pierwszymi w jej literackim dorobku książkami historycznymi. Nakładem WL ukazały się także: Opowieści z Wilżyńskiej Doliny, Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny, Wody głębokie jak niebo, Woda na sicie oraz Mgła. Gdy nie pisze, pielęgnuje ogród, w którym hoduje dawne odmiany róż i jabłoni. Studiowała historię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i historię średniowiecza Central European University w Budapeszcie.
Zostaw komentarz