Były lata osiemdziesiąte. Podczas jednego z harcerskich obozów wędrownych w Bieszczadach grupa młodych ludzi rozbiła namioty na niewielkiej polanie. Wieczorem zapłonęło ognisko. Do ognia dosiadł się starszy mężczyzna z pobliskiej wsi. Siedział chwilę w milczeniu, patrząc w płomienie, aż w końcu powiedział: Wiem, że wielu z was lubi historię. Ale pamiętajcie, że nie wszystko, co wydarzyło się w tych górach, trafiło do książek. Kilkunastoletni harcerz słuchał uważnie

Ja tu byłem. Brałem udział w tych wydarzeniach. Ale wojna nie oszczędziła nikogo. W jednym z późniejszych starć zostałem ciężko ranny. Od tamtej pory niektóre wspomnienia zlały mi się w jedno. Nie pamiętam już dokładnie, czy było to pod Chryszczatą, czy może bliżej Wołosatego. Nie dam też sobie ręki uciąć, czy był to koniec 1946 roku, czy już 1947. Czas zrobił swoje.

Jednego jednak nigdy nie zapomniałem, wojna formalnie się skończyła, ale w Bieszczadach nadal trwały walki z UPA. Każdy dzień mógł przynieść zasadzkę, a każdy patrol mógł okazać się ostatnim. Pamiętam suche lato, popękaną ziemię i trawy szeleszczące na połoninach.
Pewnego ranka nasz niewielki oddział konny otrzymał wiadomość od miejscowego leśnika o uzbrojonej grupie ludzi odpoczywającej przy starym trakcie. Ruszyliśmy natychmiast. Byliśmy zwykłymi żołnierzami korzystającymi z koni, bo w bieszczadzkim terenie były najszybszym środkiem poruszania się. Po kilkudziesięciu minutach wrócił zwiadowca. Są tam. Jeszcze nas nie zauważyli. Dowódca spojrzał i wiedział, że jeśli przeciwnik zniknie między drzewami, nie uda się go dogonić. Do dziś słyszę ten dźwięk powiedział. Huk końskich kopyt niosący się po górach. Na polanie zapanowało zamieszanie Banderowcy chwytali za broń, próbując zorganizować obronę, lecz zaskoczenie było całkowite. Padły strzały, walka rozgorzała na dobre. Upowcy podali się pomimo że przewaga liczbna była po ich stronie. Nie byliśmy ułanami, a jednak tamtego dnia ruszyliśmy jak oni. Ognisko dogasało. Na zakończenie opowieści wspomniał jeszcze o młodych żołnierzach, którzy zostali na zawsze w bieszczadzkiej ziemi.

Na cmentarzu w Baligrodzie odnalazłem grób st. strz. Edmunda Nowakowskiego (1922–1947). Patrząc na jego nazwisko wyryte w kamieniu, pomyślałem, że być może brak udział w ostatniej szarży na Polskiej ziemi. Nie mam na to dowodów to jedynie osobiste przypuszczenie.

Pozostały tylko echa opowieści, które częściowo zatarte przez czas wciąż żyją w pamięci tych, którzy nie chcieli pozwolić im odejść w zapomnienie.

Autor: Jędruś Ciupaga