Ta sama „pańcia, która wylewa krokodyle łzy nad losem zaginionego pieska, może być zołzą dla swego sąsiada czy przechodnia. Wzrastającej agresji społecznej, proporcjonalnie, towarzyszy szał na punkcie ochrony praw zwierząt.

Zacznę od scenki sprzed dwóch lat.

Wracałem w weekend szlakiem rowerowym z Dziekanowa Leśnego do Sadowej.

Pełnym o tej porze rowerzystów.
Rodziców z dziećmi.
Seniorów.
Młodych na swych „szalejących maszynach”.

Zwróciłem uwagę kobiecie z trójką dużych psów biegających bez smyczy, że w parku narodowym, a takim jest Kampinos, jest obowiązek trzymania psów na uwięzi.
W odpowiedzi usłyszałem „wiąchę” epitetów, z których „łajza” był najlżejszym.

Takich sytuacji w każdym miejscu Polski jest wiele, z pogryzieniami ludzi przez psy włącznie.

Ten sam człowiek, który o swym psie mówi jak o domowniku, potrafi na drodze przywalić ze łba lub ręką, innemu kierowcy bo go wyprzedził albo zwrócił mu uwagę na zbyt szybką jazdę.

Praktycznie każdego dnia czytamy i słyszymy o kolejnych aktach agresji, których jest coraz więcej.
Proporcjonalnie do nich, rośnie liczba publikacji o tym, że musimy dbać o dobrostan zwierząt.

Co oczywiście jest ważne, ale co z dobrostanem bliźniego swego, którego mamy pod ręką?
To często nasz sąsiad, współpasażer w środkach komunikacji publicznej, inny użytkownik drogi, kolega czy koleżanka z klasy.

Ich można hejtować, katować, dokuczać im, poniżać?

Nie kwestionuję potrzeby troski i opieki nad zwierzętami, ale może Ten lub Ta obok nas, są ważniejsi jak zagubiony kundel.

Człowiek człowiekowi wilkiem?
#psy #ochronazwierząt #bliźni #miłujbliźniegojaksiebiesamego

zdjęcie ilustracyjne wyłącznie