Czasami wystarczy spojrzeć na liczby, żeby zrozumieć, jak działa państwo Tuska. Wystarczy stworzyć projekt, powołać fundację, użyć kilku modnych słów: sztuczna inteligencja, metaverse, dashboardy, NFT, monitoring wizerunku kraju. Potem pozostaje już tylko jedno: wystawić rachunek.
Według informacji przedstawionych przez Michała Podlewskiego na portalu X, trzyletnia realizacja projektu związanego z budowaniem i promocją marki Polski miała zostać wyceniona na kwotę od 520 do nawet 670 milionów złotych.
Samo Biuro Marki Polska wraz z zespołem miało pochłonąć dziesiątki milionów złotych. System „Polska Persona”, wykorzystujący sztuczną inteligencję do targetowania, wyceniono na około 90 milionów. Dashboard KPI miał kosztować kolejne 50 milionów. Do tego dochodziły wydarzenia organizowane w metaverse, cyfrowe kolekcje NFT oraz „PolskaPulse”, czyli system monitorujący sposób postrzegania Polski na świecie.
Brzmi nowocześnie. Nawet bardzo nowocześnie.
Jest jednak pytanie, którego nie wolno zbywać wzruszeniem ramion: czy państwo naprawdę powinno wydawać setki milionów złotych na tego rodzaju przedsięwzięcia?
Bo pieniądze publiczne nie biorą się znikąd. Nie pojawiają się na ekranach ministerialnych komputerów jak cyfry w grze. To są pieniądze ludzi pracy, przedsiębiorców, podatników i emerytów, którzy po latach wysiłku często zastanawiają się, czy wystarczy im na rachunki, lekarstwa i codzienne wydatki.
Dla zwykłego człowieka kilkaset złotych może oznaczać spokojny tydzień życia. Dla państwowych projektów kilkaset milionów bywa jedynie pozycją w tabeli.
I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa debata. Kto i na jakiej podstawie uznał, że budowanie marki Polski wymaga tak ogromnych środków? Jak powstawały te wyceny? Kto przygotował założenia? Kto miał realizować projekt? Ile pieniędzy wydano do tej pory i kto miał być beneficjentem tych działań?
Państwo można osłabiać nie tylko przez jawne nadużycia. Można to robić także poprzez rozrastający się system fundacji, ekspertyz, konsultacji, kampanii, technologicznych mód i kosztownych projektów, które pod szczytnymi hasłami pochłaniają coraz większe środki publiczne.
A rachunek zawsze trafia do obywatela.
Dlatego mniej interesują mnie efektowne opowieści o wirtualnej Polsce, cyfrowych personach i nowoczesnych narzędziach. Bardziej interesuje mnie odpowiedź na proste pytanie: ile ta wirtualna rzeczywistość miała kosztować Polaków?
Jeżeli podawane kwoty są zgodne z rzeczywistością, obywatele mają prawo oczekiwać pełnej przejrzystości. Dokumentów, umów, wycen, faktur i jasnego rozliczenia każdej wydanej złotówki.
To samo dotyczy wszystkich wielkich projektów finansowanych z publicznych pieniędzy, niezależnie od tego, czy chodzi o fundusze KPO, program SAFE czy inne mechanizmy zadłużania państwa. Każda opozycja, która mówi o odpowiedzialności za finanse publiczne, powinna żądać pełnej jawność takich wydatków i to powinien być jeden z głównych punktów wyborczego ich programu.
Bo państwo nie jest własnością żadnej partii, żadnego premiera ani żadnej fundacji.
Państwo należy do obywateli.
A obywatel ma prawo wiedzieć, kto wydaje jego pieniądze, na co je wydaje i kto na tym zarabia.Bo to, co się dzieje pod rządami Tuska, to bezceremonialne rozkradanie publicznych pieniędzy.Waszych pieniędzy.