Wybory w Saksonii-Anchalt (6 września 2026 r.) oficjalna propaganda usiłowała zlekceważyć. Dlatego podrzucano nam tak często i ochoczo „wytłumaczenie” tego faktu – Saksonia – Anchalt to najbiedniejszy land w Niemczech, a poza tym czego wymagać od Ossi?
Teraz z kolei przyszło na kraj również ongiś wchodzący w skład Niemieckiej Republiki Demokratycznej, jak przez dekady zwała się sowiecka część Niemiec, Meklemburgię-Pomorze Przednie.
Ze względu na rolniczo-turystyczny charakter landu średnia płaca jest tu najniższa w Niemczech. Co zresztą i tak oznacza, że jest o ok. 40% wyższa niż w Polsce.
Nie szukajmy jednak najprostszych wytłumaczeń.
W niedzielnych wyborach krajowych (20.09 2026 r.) wg sondażu exit poll zwycięstwo odniosła Alternatywa dla Niemiec (AfD) zdobywając aż 37% głosów. Znamienna jest klęska ugrupowania urzędującego kanclerza federalnego – CDU zdobyło raptem 5,5% głosów.
Przeprowadzone równolegle wybory w Berlinie przyniosły inne rezultaty. Zwycięstwo odniosła… Lewica (die Linke) z wynikiem 24,5% głosów. Zaraz za nią CDU (20%). Trzecie miejsce należy jednak do AfD (16%).
Wedle kanclerza Friedricha Merza wynik odniesiony w Meklemburii to klęska.
— Nie możemy owijać w bawełnę po tych wynikach. To katastrofa.
Co innego sytuacja w Berlinie. Jak podaje der Onet główna kandydatka na stanowisko burmistrza 45-letnia Elif Erlap zapowiada uczynienie z Berlina lepszego miejsca.
Pani Erlap z zawodu jest prawniczką (zdane egzaminy adwokackie). Jej rodzice natomiast zmuszeni byli opuścić Turcję z obawy przed prześladowaniami.
Jeśli zatem scenariusz nie ulegnie zakłóceniu Berlin będzie miał pierwszego w dziejach burmistrza o emigranckich korzeniach.
Popatrzmy na strukturę ludności Berlina pod względem etnicznym. Otóż zgodnie z danymi Urzędu Statystycznego Berlin – Brandenburgia w stolicy Niemiec mieszka ok. 800 tys. osób z tzw. tłem migracyjnym (określanych w niemieckiej statystyce jako Deutsche mit Migrationshintergrund), czyli ok. 20% wszystkich mieszkańców. Ale do tego trzeba dodać jeszcze migrantów bez niemieckiego obywatelstwa – nawet 970.000!
Wg ostrożnych danych aż 43,5% ludności Berlina stanowią emigranci bądź ich dzieci. To niestety nie najwyższy wynik w Niemczech – odpowiednio we Frankfurcie nad Menem – 58,3%, Norymberdze – 52,5%, Monachium – 50,1% oraz w Stuttgarcie – 49%.
A imigranci i ich potomkowie statystycznie częściej popierają partie lewicowe i centrolewicowe niż rdzenni mieszkańcy danego kraju, co badania politologiczne (m.in. National Bureau of Economic Research) określają jako wyraźny trend polityczny (za:AI).
Stąd właśnie bierze się tęsknota lewicy za emigrantami (ostatnio pamiętamy pełen zachwyt nad zalewem Hiszpanii przez inżynierów wyrażany przez b. członka komunistycznej partii Włodzimierza Czarzastego).
Lewica widzi, że w społeczeństwach rodzi się opór przeciw jej władzy, de facto pauperyzującej Europę do stopnia zależności od krajów, które jeszcze 80-100 lat temu należały do europejskiej strefy wpływów.
I nie chodzi już tylko o Chiny (np. nie ma na świecie nowego samochodu w którym nie znajdowałyby się części zrobione w Chinach) czy Indie. Ale za moment nie będziemy mieli co na siebie włożyć, jak się zbuntują wietnamskie, laotańskie czy też bangladeszańskie szwaczki choć bardziej prawdopodobna jest reakcja tamtejszych dyktatur.
To właśnie jest zasługa lewackiej UE. I starzy Europejczycy to widzą.
Dlatego AfD właściwie jest ruchem samoobrony Niemców, a mniej partią polityczną.
Co będzie dalej w Niemczech?
Musimy pamiętać, że wrzask polskojęzycznych mediów wywołany przez triumf AfD (ale nie pozwalający na samodzielne rządy, zaś wobec „zapory ogniowej” nałożonej na tą partię jej zdolność koalicyjna jest praktycznie żadna) w biedniejszych landach stanowi kolejny zabieg socjotechniczny, jakim eurolewica chce ugruntować swoje rządy.
Przecież cichosza o wyborach w Dolnej Saksonii (tydzień temu), w których zwycięską partią okazała się CDU (27,2% głosów). Prócz niej na podium stanęła jeszcze SPD (24,6%) i… AfD (15,9%). Dla tej ostatniej wynik oznacza jednak ponad trzykrotny wzrost poparcia w stosunku do poprzednich wyborów.
Eurolewica jest ostrożna. Bo co z tego, że zachowa władzę jeszcze przez cztery lata, gdy może ją wówczas utracić bezpowrotnie?
Podgrzewanie społeczeństwa informacjami o zwycięstwie populistyczno-prawicowej partii, marzącej o nawiązaniu stosunków handlowych z Rosją oraz knującej odebranie Polsce „odwiecznych ziem niemieckich” plus mówienie o ścisłej więzi pomiędzy polską prawicą (PiS, Konfederacja itp.) a AfD ma tylko jeden cel.
Społeczeństwo musi się skupić wokół „prawdziwych patriotów”, którzy w odróżnieniu od Prezydenta nie oddadzą nawet piędzi ziemi.
Co prawda jeszcze nie dawno Tusk i cała ta staro-nowa kamaryla planowała oddanie ruskim połowy Polski, ale nie czepiajmy się słówek.
Bo dzisiejsza „mądrość epoki” wymaga deklarowanego patriotyzmu.
Przynajmniej do czasu zamknięcia lokali wyborczych.
Gotowanie żaby, czy też wymyślona przed 80-laty taktyka salami praktycznie towarzyszy nam nieustannie od 1989 roku (z niewielkim osłabieniem w latach 2015-2023).
Społeczeństwo musi uwierzyć w prawicowego wroga.
Bo przecież nie jest ważny nasz poziom życia, nasze bezpieczeństwo czy też swobody obywatelskie. Zresztą jak uczy najnowsza historia te bardzo łatwo ograniczyć, a nawet wyłączyć po to, by je wedle słów Tuska… móc zachować.
Ale tak naprawdę od 1945 roku chodzi tylko o jedno.
Ważne jest, aby Oni rządzili.
20.09 2026
Zostaw komentarz