11 listopada 1989 roku
Dzień jak każdy inny. Mama krząta się po kuchni, przygotowując mi śniadanie do szkoły. Za oknem ciemno, wiatr hula między drzewami. Wczesna pobudka — trzeba dojść na przystanek, dojechać, nie spóźnić się.
W radiu spiker podaje wiadomości, a nagle popłynęła pieśń:
„My, Pierwsza Brygada…”
Znałem tę melodię. Śpiewałem ją po cichu — przez wiele lat zakazaną. Siedziałem jak wryty.
– Co tak myślisz? – spytała mama.
Nie odpowiedziałem.
Po chwili powiedziała cicho:
– Może… zacznie się nowe.
Spóźniłem się wtedy na autobus. I było mi wszystko jedno.
Wierzyliśmy, że teraz będzie prościej — że prawda będzie prawdą, dobro dobrem, a biało-czerwone — barwy będą barwami wszystkich Polaków.
Minęły lata.
Wolność mamy — w kalendarzu, w konstytucji, w świętach.
Ale dziś, kiedy mówimy o historii, o ofiarach, o pamięci, znów trzeba odwagi.
Bo paradoks naszych czasów polega na tym, że wszystko wolno — dopóki mówisz to, co wypada.
Wolność niby jest, ale taka na pokaz.
Wolno krzyczeć o wolności — byle cicho.
Kiedy przypominasz o tych, którzy zginęli za ten kraj, słyszysz, że to bajki.
Dziś nie trzeba już kos i siekier, by uciszać. Wystarczy jedno słowo rzucone w sieci: „ruski troll”, „onuca”, „agent Kremla”. Najłatwiej zdławić kogoś, czyniąc z niego wroga.
Wojna na Ukrainie stała się wygodnym pretekstem do uciszania. Krzyczą, że „to na rękę Rosji”, odpowiadam jasno: to na rękę wam — bo macie teraz idealną wymówkę, by zasłaniać zbrodnie i bronić morderców.
Dziś patriotyczne gesty bywają wyśmiewane, a pamięć — nazywana obsesją.
Nie po to przodkowie walczyli, by wnuki bały się odezwać.
Nie po to ginęli, byśmy uczyli się milczeć.
Dziś, gdy przypominam o takich ludziach, słyszę oskarżenia: że „wymyślam”, że „jątrzę”, że „gram na emocjach”.
Ale to nie ja wzbudzam nienawiśći.
Nienawiść rodzi się tam, gdzie pamięć jest selektywna.
Tam, gdzie buduje się pomniki dla tych, którzy nieśli śmierć, a milczy o tych, którzy ratowali życie.
Dzisiejsi „obrońcy”, ukryci za ekranem, piszą, że to „bajdy”.
Nie dlatego, że wiedzą, ale dlatego, że łatwiej drwić, niż spojrzeć w oczy historii.
Mówią, że wspierają mnie „pochlebcy”.
A sami siedzą w cieniu, czekając tylko na chwilę, by kąsać — wygodni sędziowie cudzych słów, bohaterowie z bezpiecznych foteli.
A gdy odpowiem stanowczo — krzyczą, że „blokuję”.
Tak, blokuję. Bo nie karmię tych, którzy przyszli pluć na moją osobę. Szukacie tylko miejsc, gdzie można nienawidzić. Takich miejsc jest wiele. Znajdziecie je bez trudu — tam, gdzie kult morderców ma się świetnie. Tam możecie się „wyżywać”.
Bo jeszcze Polska w nas nie zginęła.
I nie zginie — dopóki nie damy się uciszyć.
Bo wielu z Polaków szło na śmierć z okrzykiem:
„Niech żyje Polska!”
Polska bez nienawiści.
Polska, która pamięta o swoich bohaterach.
Polska, która nie zapomina o bezimiennych męczennikach.
Polska, która nie odwraca wzroku.
Polska, która w sercu nosi wdzięczność — a nie pogardę.
Bo Polska to więcej niż granice na mapie.
To więcej niż partia, ekran telewizora czy nagłówek w gazecie.
Polska to my — różni, ale zakorzenieni w tej samej ziemi.
To ręce, które dźwigały cegły po wojnie.
To szept modlitwy w celi.
To solidarność na ulicach.
To matka, która śpiewa dziecku patriotyczne piosenki.
To cienie tych, których zamordowano bez sądu — tylko dlatego, że byli Polakami.
Nie musimy myśleć tak samo.
Ale musimy pamiętać, że biały orzeł widnieje na naszym godle.
Jedna ziemia daje nam chleb.
Jedno serce — Polska — bije w nas wszystkich.
Na zdjęciu mój pradziadek Stanisław, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej.
Bo Polska — to On,
to Mama w kuchni tamtego listopadowego poranka,
to my — którzy jeszcze wierzymy, że warto mówić to, co za wszelką cenę ma być zapomniane.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz