Są miejsca, które mają szczęście. Wiarygodnych statystyk brak ale szacuję, że w Polsce około 90 % historycznych miejsc szczęścia nie miało.
W pudłach fortepianów trzymano obrok dla koni, parkiety służyły za podpałkę, porcelanę zdekompletowano i wytłuczono lub sprzedano za grosze, a dywany, kotary, obrusy pocięto na szmaty, w najlepszym razie skrojono na sukienki.
Kto myśli, że podły los dotknął tylko kolbuszowskie meble, czy jedwabne pasy słuckie, ten się myli. Te same niszczycielskie scenariusze zgotowano chłopskim chatom, żydowskim karczmom, mieszczańskim i kupieckim kamienicom, czy biurom zamożniejszych fabryk.
Z cennych przedmiotów Czerwonoarmiejcy robili ogniska. Czasem palili na dziedzińcu, kiedy indziej w salonie, w zależności od humoru. A potem z wybebeszonych dworów i pałaców, z zabytkowych gmachów, z przedwojennych biur i fabryk uczyniono PGR-y, magazyny, domy pomocy społecznej albo szkoły.
Nawet można byłoby zrozumieć tę logikę. Tylko dlaczego ‘dziejowa sprawiedliwość’ okazała się dewastacją? O tym, że przydomowe parki, ogrody i stawy również unicestwiono, nie muszę chyba przypominać.
Jest gorzej, niż myślimy. Niszczenie wcale się nie skończyło w latach 40., ani 50., ani 60tych. W mniejszej skali wciąż trwa. Na naszych oczach „rewitalizowano” w sposób urągający rozumowi zamieniając szlachetne resztki w atrapy wedle podłych gustów nowych właścicieli. Na naszych oczach obróciły się w próchno drewniane chałupy, stare karczmy i modrzewiowe dworki.
Zaczęłam zdaniem, że niektóre miejsca mają szczęście. Takim miejscem jest Kozłówka. Zaledwie 30 kilometrów od Lublina przetrwała wiejska rezydencja Zamoyskich. Jakimś cudem pałac, park i cała wieś uniknęły zniszczenia podczas I i II wojny. W 1944 roku zapadła dość nietypowa decyzja nowej władzy o utworzeniu Muzeum Narodowego w Kozłówce. Zatem pałac z wyposażeniem oraz park znalazły się pod ochroną. Teoretycznie.
Bo jak pisze Krzysztof Kornacki: „Pałacowe dywany zostały zabrane na wyposażenie gabinetów Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie w końcu lat 40. Zachował się tylko jeden – w strzępach. […] Większość pozostałych została na wniosek ówczesnego dyrektora Muzeum Lubelskiego, sprawującego nadzór merytoryczny nad Kozłówką, pocięta na kapcie muzealne. Zgodę na to wydało Ministerstwo Kultury i Sztuki!”
Jeszcze jeden cytat: „pełna inwentaryzacja zbiorów nastąpiła dopiero 35 lat po utworzeniu muzeum, a w najciemniejszych latach zarząd nad nim sprawował jednoosobowo woźny. To w tamtych czasach kolekcja licząca blisko 5000 wałków perforowanych do organoli i pianoli stopniała do 1500. I mimo tego, że jest największą w Polsce oraz jedną z największych na świecie, ze smutkiem muszę stwierdzić, że brakujące 3500 wałków przeleciało przez kominy pałacowych pieców, służąc jako dobra podpałka.”
A mimo to można mówić o szczęściu: większość wyposażenia się uratowała. Pałacowe sale wyglądają niemal jak za czasów Zamoyskich, podczas gdy w innych podobnych miejscach opustoszałe wnętrza wypełniać trzeba było skupowanymi na aukcjach meblami, kandelabrami z wiedeńskich antykwariatów albo obrazami „z epoki”. Gdzie indziej stoją liche podróbki, od samego oglądania których bolą zęby.
Wszystkie zdjęcia z Kozłówki.
Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, opublikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.






Zostaw komentarz