Poza nielicznymi wyjątkami na Facebooku nie ma już wielu ludzi takich jak ja, kuzyn plastyk z Warszawy, pan Zbigniew z Jasła, tryskający energią pan Franciszek z Ponikwy, wnuczka fundatora Muzeum Dzieduszyckich Zula z Afryki i jej brat Tadeusz z Kanady, płodna literatka i moja daleka kuzynka Katarzyna, czy konspirująca za komuny polonistka z Opola. Odeszła już nieodżałowana pani Jola — socjolożka i pisarka — a z Facebooka ubył także pan Roman, Złoczowianin.

Chcę powiedzieć, że coraz mniej jest przedstawicieli pokolenia, które nosi w sobie pamięć wojny, paraliżującego lęku o życie, niewyobrażalnej dziś biedy, deklasacji, pauperyzacji, wyzucia, wypędzenia, upokorzeń i prześladowań za poglądy — tych wszystkich doświadczeń, które komuniści tak skrupulatnie aplikowali. Jesteśmy, czy tego chcemy, czy nie, cienką, co rusz przerywaną nitką łączącą Wolną Polskę, która była, z tą, która jest.

Nie wiem, czy młodsi Facebookowicze zdają sobie z tego sprawę i czy ta świadomość jest im w ogóle potrzebna. Piszę o tym, by podkreślić wyjątkowość czasów, w których żyjemy. Współistnieją bowiem generacje pamiętające lampy naftowe, bryczki jako codzienny środek transportu, kołchoźniki i zagłuszane radiostacje — z tymi, które nie wyobrażają sobie życia bez elektronicznych gadżetów.

Chciałbym też podkreślić znaczenie naszego uczestnictwa w tej niezmierzonej przestrzeni dyskursów, gdzie fakty zderzają się z fikcją, a postprawdy i wulgarne „fucki” wypierają rozmowę. Nasz głos ginie w informacyjnym szumie, a Facebook coraz częściej zalewają wtórne, kopiowane z portali opinie, publikowane nie po to, by informować czy przekonywać, lecz by kogoś dotknąć.

Dlatego proszę Was, Szanowni Epigoni i rześcy jeszcze Matuzalemowie — nie ulegajcie presji pokolenia komunikującego się lajkami i piktogramami. Piszcie więcej i częściej, zwłaszcza wspomnień. Aktualności można puszczać przodem, ale memuarów nigdy za dużo.